24 godziny generatora w Google Earth. Policzyłem, ile kosztuje minuta zaufania do zdjęcia satelitarnego
Google wpuściło generator obrazów do Google Earth 30 lipca i wycofał go po dobie. Zestawiłem czas życia funkcji z czasem reakcji innych firm na podobne wpadki i przeliczyłem, ile kosztuje dostęp do prawdziwego zdjęcia satelitarnego, którym można sprawdzić fałszywkę. Wyszło, że jedna doba eksperymentu podważyła narzędzie, na którym od dwóch dekad szkoli się śledczych OSINT.

👁 120 przeczytań
30 lipca Google dołożyło do Google Earth funkcję, która pozwalała wpisać prompt przy prawdziwych współrzędnych i dostać fotorealistyczną scenę wklejoną w autentyczne zdjęcie satelitarne. Po kilku godzinach użytkownicy mieli już elektrownię jądrową w Iranie, lej po bombie przy szpitalu w Gazie i wodę podchodzącą pod Kapitol. Po około dobie funkcja zniknęła, a firma obiecała powrót z mocniejszymi zabezpieczeniami. Opisała to Mahsa Alimardani w Rest of World i to jej tekst jest punktem wyjścia dla liczb, które poniżej rozpisuję.
Rachunek, który mnie interesuje, nie dotyczy tego, jak szybko Google zareagowało. Dotyczy tego, co dokładnie zostało zużyte w ciągu tych dwudziestu czterech godzin i czy da się to odkupić.

Dwie dekady budowania kontra jedna doba psucia
Google Earth działa od 2005 roku. Do 30 lipca 2026 to jest około 21 lat, czyli w zaokrągleniu 184 tysiące godzin obecności na rynku jako narzędzie, które w środowisku śledczym funkcjonowało jako najbliższy odpowiednik gruntu pod nogami. Policzyłem stosunek: doba z generatorem to jedna 7660-ta część historii produktu. Tyle wystarczyło, żeby każde zdjęcie z tej platformy trzeba było od teraz weryfikować dwa razy - raz co do treści, raz co do tego, czy ktoś nie dopisał do niego promptu.
Asymetria jest tu brutalna i łatwa do pokazania na liczbach. Zbudowanie reputacji warstwy referencyjnej zajęło ponad dwie dekady i wymagało utrzymywania archiwum historycznych zobrazowań, na którym opierają się szkolenia OSINT dotyczące Syrii, Jemenu i Sudanu. Podważenie tej reputacji zajęło mniej czasu niż przeciętne szkolenie z weryfikacji zdjęć, które w praktyce trwa dwa, trzy dni warsztatowe. Innymi słowy: funkcja żyła krócej niż kurs, który uczy, jak jej nie ufać.
Warto dodać drugą liczbę, bo ona jest ważniejsza dla śledczych. Fałszywka wygenerowana w tej dobie nie przestaje istnieć w momencie wycofania narzędzia. Plik graficzny raz wypuszczony do obiegu zostaje w nim na lata. Google odzyskało kontrolę nad funkcją po dobie, ale nie odzyskało kontroli nad ani jednym obrazem, który przez tę dobę powstał.
Zestawiłem czasy reakcji i wyszła zaskakująca kolejność
Rest of World przypomina dwa inne przypadki. OpenAI zamknęło aplikację wideo Sora w marcu 2026, po miesiącach nacisków i po fali nadużyć - obraźliwych materiałów z udziałem kobiet i problematycznych rekonstrukcji postaci historycznych. Veo 3, generator wideo Google’a, wystartował w maju 2025 i nie został wycofany wcale, choć w ciągu kilku dni od pierwszych uderzeń w regionie krążyły materiały z barażem rakiet nad Tel Awiwem z widocznym jeszcze znakiem wodnym Veo. Później użytkownicy nauczyli się go obcinać.
Zestawienie tych trzech historii daje coś niewygodnego dla intuicji. Im bardziej wyspecjalizowane i im bliżej faktografii było narzędzie, tym szybciej poleciało. Im bardziej masowe i im dłużej działało, tym mniejsza była presja.
| Produkt | Start | Reakcja | Czas życia |
| Generator w Google Earth | 30.07.2026 | wycofany | ok. 24 godziny |
| Sora (aplikacja) | 2025 | zamknięta 03.2026 | kilka miesięcy |
| Veo 3 | 05.2025 | brak wycofania | ponad 16 miesięcy |
Przeliczenie na dni robi wrażenie: 1 dzień wobec około 150 dni wobec ponad 480 dni. Google Earth wyleciało ponad 480 razy szybciej niż Veo 3, przy tym samym właścicielu. Różnicy nie zrobiła skala szkód, bo Veo 3 wyprodukowało ich więcej. Różnicę zrobiło to, kto krzyczał. W przypadku Google Earth krzyczeli ludzie, którzy zawodowo weryfikują konflikty i mają bezpośredni dostęp do mediów.
Podaż prawdy spadała w tym samym czasie, w którym rosła podaż podróbek
Najbardziej niedoceniony fragment tej historii to zdanie o tym, że rząd USA nakazał firmom satelitarnym ograniczenie dostępu dziennikarzy do zobrazowań regionu, powołując się na bezpieczeństwo w czasie wojny. To znaczy, że w tym samym tygodniu, w którym koszt wyprodukowania przekonującego fałszywego zdjęcia satelitarnego spadł praktycznie do zera, koszt zdobycia prawdziwego wzrósł.
Policzyłem, ile realnie kosztuje weryfikacja jednego punktu na mapie z komercyjnego archiwum. Standardowe stawki na rynku zobrazowań o rozdzielczości poniżej metra to rząd 15-25 dolarów za kilometr kwadratowy przy zakupie z archiwum i minimalnym zamówieniu zwykle 25 kilometrów kwadratowych. Po dolnej stawce i kursie 3,78 zł za dolara wychodzi około 1418 zł za jedno archiwalne zobrazowanie minimalnego obszaru, a po górnej około 2363 zł. Zdjęcie na zamówienie, z nowym przelotem, bywa dwa razy droższe. Do tego dochodzi drugie zobrazowanie, jeśli chce się porównać stan przed i po, czyli realnie od 2800 do 4700 zł za jeden sprawdzony obiekt.
Wygenerowanie fałszywki w Google Earth kosztowało zero złotych i kilkanaście sekund. Stosunek kosztów między obroną a atakiem w tej konkretnej dziedzinie wynosi zatem grubo powyżej tysiąc do jednego na korzyść atakującego. Dla polskiej redakcji regionalnej albo organizacji pozarządowej kwota 1400 zł za jedno zdjęcie to decyzja budżetowa, a nie odruch. Dla kogoś, kto produkuje dezinformację, kosztem jest wyłącznie czas wpisania promptu.
Dlaczego znak wodny nie jest odpowiedzią i pokazuje to jeden przypadek
Nie przepłacaj za te subskrypcje
Prowadzę sklep z rocznymi dostępami do narzędzi AI - te same konta, o których piszę wyżej, tylko taniej niż w cenniku producenta.
Rest of World opisuje sprawę, która zamyka dyskusję o oznaczaniu treści. Kiedy w sieci pojawiło się sfabrykowane nagranie wybuchu w więzieniu Evin w Teheranie - w ciągu minut od rzeczywistego uderzenia - nie było na nim żadnego znaku wodnego. Materiał podały między innymi Sky News i BBC.
Żadna korzyść z zintegrowania generatywnej AI z Google Earth nie jest warta szkody i wątpliwości, które to tworzy.
Mahsa Alimardani, Rest of World, 10 września 2026
Mechanika znaku wodnego ma wadę, którą widać dopiero przy takim zdarzeniu. Znak wodny działa tylko na produktach, które go noszą. Jeśli fałszywka wyszła z modelu bez oznaczeń albo znak został wycięty, to brak znaku wodnego nie jest dowodem autentyczności - a odbiorca uczy się dokładnie odwrotnego nawyku. Uczy się, że brak oznaczenia znaczy prawda. Systemy oznaczania treści, wprowadzane właśnie w Unii na mocy rozporządzenia o sztucznej inteligencji, budują ten odruch w skali kontynentu i nikt nie policzył, ile będzie kosztowało jego odbudowanie w drugą stronę.
Google · Twoje źródłaPromptowy wyżej w Twoim Google - jednym kliknięciemDodaj do preferowanych źródeł →Co z tego ma polski czytelnik i polski analityk
Polskie instytucje używają Google Earth i Google Maps jako warstwy pomocniczej - do szybkiego sprawdzenia terenu, dopasowania kadru z nagrania do rzeźby, potwierdzenia, że budynek na filmie stoi tam, gdzie ktoś twierdzi. Ta praktyka jest powszechna w redakcjach i w środowisku wolontariuszy OSINT, którzy od 2022 roku weryfikują materiały z Ukrainy i z pogranicza. Dla nich zmiana jest natychmiastowa i konkretna: warstwa poglądowa z Google przestaje być punktem odniesienia, a staje się materiałem do sprawdzenia.
Praktyczna instrukcja jest prosta i wolno ją stosować od dziś. Przy każdej weryfikacji, w której zdjęcie satelitarne ma znaczenie dowodowe, trzeba mieć dwa niezależne źródła zobrazowania z różnych operatorów i podać w publikacji datę przelotu, nie datę pobrania. Darmowe zobrazowania Sentinel-2 z programu Copernicus mają rozdzielczość 10 metrów na piksel, co wystarcza do potwierdzenia pożaru, zalania albo dużego leja, i są dostępne bez opłaty - to pierwszy odruch, zanim ktokolwiek wyda 1400 zł na archiwum komercyjne. Do tego trzeba zapisywać archiwalny podkład lokalnie, bo warstwa, którą dziś widzimy w przeglądarce, może być za rok inna.
Odpowiedzialność platformy za publikację fałszywego obrazu satelitarnego jest w polskim porządku prawnym rozproszona i słaba. Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa reguluje incydenty w usługach kluczowych, nie treści graficzne. Akt o usługach cyfrowych daje narzędzie zgłoszenia i obowiązek oceny ryzyka systemowego dla bardzo dużych platform, ale skutek jest reaktywny - najpierw obraz idzie w obieg, potem trwa procedura. Wzorzec opisany przez Rest of World - nowy sposób fabrykowania startuje z dnia na dzień, burza krytyki, zabezpieczenia po szkodzie - nie jest wypadkiem przy pracy. Jest domyślnym trybem działania i żaden z obowiązujących u nas przepisów go nie odwraca.
Tym, co naprawdę zostało zużyte przez te dwadzieścia cztery godziny, nie jest ani jedno konkretne zdjęcie, ani reputacja jednej firmy. Zużyte zostało założenie, które przez dwie dekady pozwalało prowadzić śledztwa szybko: że zdjęcie z orbity jest niezależne od intencji tego, kto je pokazuje. Odbudowa tego założenia nie ma ceny wyrażonej w dolarach za kilometr kwadratowy, więc nie trafi do żadnego bilansu.
Fakty sprawdzone 27 września 2026. Źródła: Rest of World, „Google Earth’s AI experiment lasted 24 hours”, Mahsa Alimardani, 10 września 2026; Copernicus Data Space Ecosystem - parametry zobrazowań Sentinel-2; rozporządzenie o usługach cyfrowych (DSA). Stawki za komercyjne zobrazowania podane jako rynkowe widełki archiwalne i przeliczone przy kursie 3,78 zł za dolara.
Cały tydzień w AI, w jednym mailu
Wybrane premiery, narzędzia i analizy. Raz w tygodniu, prosto do skrzynki.
Zapisz się za darmo →
