✨ Świeża dostawa•nowe kody na kinetyka.pl: Gemini Pro 18 mies. 170 zł•Cursor, ElevenLabs, Lovable i więcej, roczne plany AI w ułamku ceny Zobacz →
Przejdź do treści
Magazyn

OpenAI stała się korporacją. I to nie jest dobra wiadomość

OpenAI zdradziło własną misję, a najgorsze jest to, jak sprawnie udaje, że tego nie zrobiło.

8 min czytania
OpenAI stał się korporacją. I to nie jest dobra wiadomość

👁 118 przeczytań

// w skrócie
  • OpenAI przekształciło się z organizacji non-profit w korporację, która sprzedaje subskrypcje, buduje reklamę i negocjuje udziały z Microsoftem.
  • Firma jest wyceniana na setki miliardów dolarów, a jej modele należą do najbardziej zamkniętych na rynku - bez dostępu do wag ani szczegółów architektury.
  • Model biznesowy oparty na reklamie jest sprzeczny z rolą asystenta, bo reklama wymaga dłuższego zaangażowania użytkownika, a dobry asystent ma załatwić sprawę i pozwolić mu odejść.

Jest takie zdanie, które kiedyś brzmiało jak obietnica, a dziś brzmi jak żart opowiedziany na stypie: „Naszą misją jest zapewnienie, że sztuczna inteligencja ogólna przyniesie korzyść całej ludzkości”. Napisano je na samym początku, gdy OpenAI było fundacją, laboratorium, garstką ludzi przekonanych, że budują coś zbyt ważnego, by oddać to rynkowi. Dziś to zdanie wisi na stronie firmy wycenianej na setki miliardów dolarów, która negocjuje z Microsoftem procenty, sprzedaje subskrypcje, buduje reklamę i zachowuje się dokładnie tak, jak każda inna korporacja z Doliny Krzemowej. Z jedną różnicą: tamte nigdy nie udawały, że są czymś więcej.

I to jest moja teza, którą będę tu bronił z uporem człowieka, który kiedyś naprawdę w tę firmę wierzył: OpenAI nie tyle się zmieniło, co przestało mówić prawdę o tym, czym jest. Stało się korporacją - i to nie jest neutralna informacja z rubryki biznesowej. To jest zła wiadomość dla każdego, kto uważał, że akurat ta jedna technologia zasługiwała na inne traktowanie.

OpenAI stał się korporacją. I to nie jest dobra wiadomość

Fundacja, która chciała być czymś więcej

Przypomnijmy sobie, bo pamięć w tej branży jest krótka jak cykl życia modelu. OpenAI powstało jako organizacja non-profit. Cała idea polegała na tym, że sztuczna inteligencja jest zbyt potężna, zbyt niebezpieczna i zbyt istotna, żeby jej rozwój napędzała pogoń za kwartalnym wynikiem. Miała być przeciwwagą dla wielkich firm, które i tak by ją zbudowały - ale w zamkniętych laboratoriach, dla akcjonariuszy, bez oglądania się na resztę świata.

To była piękna historia. Tak piękna, że aż podejrzana, ale wtedy nikt nie chciał być tym cynikiem, który psuje nastrój. Ja też nie chciałem. Pamiętam to uczucie ulgi: wreszcie ktoś traktuje AI jak dobro wspólne, a nie jak kolejny sposób na sprzedanie mi butów, których nie potrzebuję. Nazwa „Open” nie była przypadkiem. Otwartość, transparentność, wiedza dzielona z ludzkością. Brzmiało jak manifest, a nie jak dział marketingu.

Potem przyszła gorzka arytmetyka. Trenowanie wielkich modeli kosztuje absurdalne pieniądze - tyle akurat jest prawdą i nie mam zamiaru udawać, że da się budować takie rzeczy za składki społecznościowe. Ktoś musiał zapłacić za karty graficzne, prąd i najlepsze mózgi planety, które nie pracują za idee. Wjechał Microsoft z workiem pieniędzy, a OpenAI wymyśliło konstrukcję prawną tak barokową, że do dziś nikt jej normalnie nie rozumie: fundacja, która kontroluje spółkę z ograniczonym zyskiem, w której zysk jest ograniczony, ale tak, żeby nikomu nie przeszkadzał.

Kiedy trzeba wymyślić dziesięciopiętrową strukturę prawną, żeby wyjaśnić, dlaczego wciąż jesteś organizacją „dla dobra ludzkości”, to znaczy, że już nią nie jesteś. Prawda nie potrzebuje tylu podpórek.

Słowo „Open”, które przestało cokolwiek znaczyć

Zacznijmy od rzeczy najbardziej upokarzającej, bo napisanej wprost w nazwie. „Open” miało oznaczać otwartość. Dziś modele OpenAI są jednymi z najbardziej zamkniętych na rynku. Nie wiemy, na czym je wytrenowano. Nie znamy ich architektury w szczegółach. Nie mamy dostępu do wag. Raporty techniczne, które kiedyś były aktem naukowej odwagi, zamieniły się w broszury reklamowe, które więcej przemilczają, niż mówią. Firma tłumaczy to bezpieczeństwem - że mądrzej nie pokazywać światu, jak zbudować broń. Może i słusznie. Ale jest w tym pewna wygoda, którą trudno przeoczyć: argument o bezpieczeństwie akurat idealnie pokrywa się z interesem biznesowym. Jak wygodnie, że to, co chroni ludzkość, chroni też przewagę konkurencyjną.

Ironia jest tu gęsta jak smog. Firmy, które nigdy nie miały „Open” w nazwie, dziś udostępniają swoje modele otwarcie, publikują wagi, pozwalają badaczom grzebać we wnętrznościach. A ta jedna, która całą tożsamość zbudowała na otwartości, zamknęła się na cztery spusty. Gdyby OpenAI powstawało dzisiaj, nazywałoby się pewnie „AI Corp” i nikt by nie oczekiwał niczego innego. Problem w tym, że wciąż nosi imię obietnicy, której już nie zamierza dotrzymać.

Nie chodzi mi o czepianie się nazwy. Chodzi mi o to, że nazwa była kontraktem moralnym z ludźmi, którzy tej firmie zaufali. Kiedy zrywasz kontrakt, ale zostawiasz sobie jego pieczątkę, żeby wciąż korzystać z zaufania - to nie jest ewolucja. To jest sprzedawanie starej etykiety na nowej butelce.

Reklama, subskrypcja, retencja - słowniczek zdrady

Najbardziej zdradliwy jest język. Śledzę, jak zmienia się słownictwo wokół tej firmy, i to mówi więcej niż jakikolwiek komunikat prasowy. Kiedyś mówiło się o „wyrównaniu”, o „bezpieczeństwie”, o „korzyści dla ludzkości”. Dziś w tle coraz głośniej słychać słowa, które znam aż za dobrze z każdej innej platformy: zaangażowanie, retencja, konwersja, monetyzacja. Pojawiają się plany reklamowe. Pojawiają się poziomy subskrypcji tak posegmentowane, że przypominają cennik siłowni. Pojawia się asystent, który ma być z tobą „zawsze”, co brzmi uroczo, dopóki nie zrozumiesz, że „zawsze” to inne słowo na „cały twój czas i uwagę”.

Bo tu jest rzecz, o której mało kto mówi na głos. Model biznesowy oparty na reklamie i model asystenta, który ma ci naprawdę pomagać, są ze sobą w fundamentalnym konflikcie. Reklama chce, żebyś został dłużej, klikał więcej, wracał częściej. Dobry asystent chce, żebyś załatwił sprawę i poszedł żyć. Za każdym razem, gdy firma wybierze pierwsze, przegrywa druga. A korporacja, która odpowiada przed inwestorami, prędzej czy później wybierze to, co płaci.

OpenAI stał się korporacją. I to nie jest dobra wiadomość

Wyobraźcie sobie tylko ten moment, który prawie na pewno kiedyś nadejdzie: pytacie asystenta o poradę - jaki kupić laptop, gdzie pojechać na wakacje, jak zainwestować oszczędności - a on odpowiada z tą samą pewnością siebie co zawsze, tyle że gdzieś w tle ktoś zapłacił za to, żeby jego odpowiedź brzmiała właśnie tak. Nie zobaczycie tego. Nie będzie migającego banera z napisem „reklama”. Będzie tylko życzliwy, kompetentny głos, któremu ufacie. I to jest znacznie groźniejsze niż jakikolwiek pop-up, jaki znosiliśmy przez dwadzieścia lat internetu.

Nie chodzi o pieniądze. Chodzi o udawanie

Co sam z tego zbudowałem

Osiem narzędzi, które powstały z problemów opisywanych na tym blogu - razem z tym, czego nie udało się dowieźć.

Zobacz portfel

Teraz muszę być uczciwy, bo nie chcę wyjść na naiwniaka, który myślał, że gigantyczna technologia sfinansuje się dobrymi intencjami. Nie mam pretensji o to, że OpenAI zarabia. Zarabianie nie jest grzechem. Karty graficzne nie spadają z nieba, a najlepsi badacze nie pracują za poczucie misji i owocowe czwartki. Gdyby firma powiedziała wprost: „słuchajcie, przeliczyliśmy się, nie da się tego zrobić jako fundacja, zostajemy zwykłą spółką, koniec z gadką o zbawianiu ludzkości” - uszanowałbym to. Byłoby to smutne, ale przynajmniej szczere.

Problem polega na czymś innym. Problem polega na tym, że OpenAI chce mieć jedno i drugie. Chce zysków korporacji i aureoli fundacji. Chce inwestorów liczących na zwrot i wizerunku organizacji, która robi to „dla nas wszystkich”. Chce być bezwzględnym graczem w wyścigu o dominację i moralnym autorytetem, który ten wyścig komentuje z wyżyn odpowiedzialności. To nie jest strategia. To jest rozdwojenie jaźni ubrane w prezentację inwestorską.

Najgorsze w tej transformacji nie jest to, że OpenAI stało się korporacją. Najgorsze jest to, że wciąż mówi do nas głosem fundacji, a my - z rozpędu, z przyzwyczajenia, z nadziei - wciąż go słuchamy.

I tu jest sedno mojej złości. Bo zaufanie w technologii to najcenniejszy i najkruchszy zasób, jaki istnieje. Kiedy firma buduje asystenta, któremu masz powierzyć swoje pytania, lęki, dane medyczne, pomysły na biznes i połowę swojego wewnętrznego życia, to relacja z nią nie jest transakcją. To jest relacja oparta na wierze, że po drugiej stronie ktoś ma na względzie także twój interes, a nie tylko swój. OpenAI zbudowało tę wiarę na słowie „Open” i na misji „dla ludzkości”. A teraz konsumuje ją, jednocześnie demontując wszystko, co ją zbudowało.

Dlaczego akurat ta zmiana boli bardziej

Ktoś powie: przecież wszystkie wielkie firmy tak mają, każda platforma zaczynała pięknie i kończyła obwieszona reklamami. To prawda. Widzieliśmy ten film wiele razy. Wyszukiwarka, która miała porządkować wiedzę świata. Serwis, który miał łączyć ludzi. Sklep, który miał ułatwiać życie. Wszystkie zaczynały od misji, wszystkie kończyły od aukcji uwagi. Więc czemu akurat OpenAI miałoby być inne?

Bo stawka jest inna. To nie jest kolejna aplikacja, którą można odinstalować i zapomnieć. To jest technologia, która chce zapośredniczać nasze myślenie. Wyszukiwarka dawała ci linki, a decyzję zostawiała tobie. Asystent daje ci gotową odpowiedź - i w coraz większym stopniu zdejmuje z ciebie ciężar samodzielnego dochodzenia do niej. Kiedy taki pośrednik między człowiekiem a rzeczywistością jest sterowany przez logikę monetyzacji, to nie mówimy już o reklamach na marginesie. Mówimy o subtelnym przekrzywianiu tego, co ludzie uznają za prawdę, wybór i zdrowy rozsądek. To dużo za dużo władzy, żeby oddawać ją firmie, która przestała być tym, za co się podaje.

Właśnie dlatego oryginalna misja OpenAI, choćby i nierealistyczna, miała sens. Bo próbowała nazwać ten problem, zanim się wydarzył. A dziś ta sama firma najpierw problem nazwała, potem go stworzyła, a na końcu udaje, że wciąż jest jego rozwiązaniem.

Google · Twoje źródłaPromptowy wyżej w Twoim Google - jednym kliknięciemDodaj do preferowanych źródeł →

Co mi z tego zostaje

Nie napiszę wam, że mamy przestać używać tych narzędzi, bo byłbym hipokrytą - używam ich codziennie, są znakomite, zmieniły moją pracę. Nie o bojkot tu chodzi. Chodzi o to, żebyśmy przestali być naiwni. Żebyśmy patrzyli na OpenAI tak, jak patrzymy na każdą inną wielką korporację technologiczną: z chłodną czujnością, bez sentymentu, bez zawieszania krytycznego myślenia tylko dlatego, że kiedyś obiecali nam coś ładnego.

Aureola opadła. I paradoksalnie to może być zdrowe - bo trudno pilnować kogoś, kogo się bezgranicznie podziwia. Ja żałuję tylko jednego: że firma, która jako jedyna miała odwagę powiedzieć, że AI jest zbyt ważne, by zostawić je rynkowi, sama stała się najlepszym dowodem, jak szybko rynek pochłania nawet najszlachetniejsze intencje. Nie z powodu jakiegoś spisku. Po prostu dlatego, że pieniądze mają swoją grawitację, a idee - swoją datę

// Newsletter

Cały tydzień w AI, w jednym mailu

Wybrane premiery, narzędzia i analizy. Raz w tygodniu, prosto do skrzynki.

Zapisz się za darmo →
Za darmo. Wypisujesz się jednym kliknięciem.

Najczęstsze pytania

Dlaczego OpenAI przestało być organizacją non-profit?

Autor wskazuje, że trenowanie wielkich modeli wymaga ogromnych pieniędzy - na karty graficzne, prąd i badaczy. Do firmy wszedł Microsoft z kapitałem, a OpenAI stworzyło skomplikowaną strukturę prawną: fundację kontrolującą spółkę z formalnie ograniczonym zyskiem.

Czy modele OpenAI są naprawdę zamknięte, skoro firma ma 'Open' w nazwie?

Tak - według artykułu modele OpenAI są jedne z najbardziej zamkniętych na rynku: nieznana jest architektura w szczegółach, brak dostępu do wag, a raporty techniczne zamieniły się w materiały przypominające broszury reklamowe. Paradoksalnie firmy bez 'Open' w nazwie udostępniają swoje modele otwarcie i publikują wagi.

Dlaczego reklamy w asystencie AI są groźniejsze niż zwykłe reklamy internetowe?

Asystent podaje gotową odpowiedź pewnym głosem, bez żadnego oznaczenia sponsorowanej treści - nie pojawi się migający baner z napisem 'reklama'. Autor ocenia to jako znacznie groźniejsze niż pop-upy, bo użytkownik ufa asystentowi jak podmiotowi działającemu w jego interesie.

Co konkretnie zarzuca autor firmie OpenAI - czy chodzi o samo zarabianie pieniędzy?

Nie - autor wprost pisze, że nie ma pretensji o zarabianie i rozumie koszty. Zarzut dotyczy tego, że firma chce jednocześnie zysków korporacji i aureoli fundacji, zachowując się jak bezwzględny gracz w wyścigu o dominację, a jednocześnie pozując na moralny autorytet odpowiedzialnej organizacji.

// czytaj też

Podobne tematy na Promptowym

Piotr Olszewski

Piotr Olszewski

AUTOR I WYDAWCA

Piotr Olszewski - twórca i autor Promptowego, polskiego serwisu o sztucznej inteligencji. Codziennie śledzi premiery modeli, narzędzia i regulacje AI, i tłumaczy je prostym, konkretnym językiem.

// mapa strony

🛒 Sklep Kinetyka Google AI Gemini Pro 170 zł CapCut Pro 460 zł/rok Lovable Pro 400 zł/rok Zobacz wszystko →
promptowy w liczbach 0tekstów w archiwum0newsów z ostatnich 7 dni0modeli wideo w obserwatorium0zagadek w grach
× ‹ powiększenie ›