🔥 Gemini Pro 18 miesięcy (voucher) 170 zł -43% do piątku Kup teraz →
Przejdź do treści
Magazyn

Wielkość przestała być argumentem. I dobrze

Modele AI stają się mniejsze i sprytniejsze jednocześnie, co przenosi władzę bliżej nas i psuje plany tym, którzy stawiali wyłącznie na skalę.

8 min czytania
Wielkość przestała być argumentem. I dobrze

👁 152 przeczytań

// w skrócie
  • Wielkość modelu AI przestała być miarą jego wartości, bo mniejsze modele coraz częściej dorównują lub przewyższają większe poprzedniki w wielu zadaniach.
  • Modele działające lokalnie na urządzeniu nie wysyłają danych na cudzy serwer, co autor nazywa potencjalnie największą dobrą wiadomością dekady dla prywatności.
  • Efektywniejsze, małe modele zagrażają modelowi biznesowemu opartemu na wynajmie AI w chmurze, bo oferują około 90 procent możliwości płatnych abonamentów bez comiesięcznych opłat.

Przez ostatnie trzy lata branża sztucznej inteligencji zachowywała się jak nastolatek na siłowni, który mierzy sukces obwodem bicepsa. Więcej parametrów. Więcej kart graficznych. Więcej gigawatów. Każda kolejna premiera przychodziła z liczbą tak ogromną, że przestawała cokolwiek znaczyć - bo różnica między biliardem a trylionem czegokolwiek jest dla ludzkiego mózgu abstrakcją równie użyteczną jak odległość do najbliższej galaktyki. A jednak działało. Rosło, więc było lepsze. Było lepsze, więc rosło. Napędzało się to samo.

I nagle, gdzieś w ciągu ostatniego roku, coś pękło. Zaczęły pojawiać się modele, które są kilkanaście razy mniejsze od swoich poprzedników, a w wielu zadaniach radzą sobie równie dobrze albo lepiej. Model, który jeszcze niedawno wymagał serwerowni, dziś mieści się w laptopie. Za chwilę zmieści się w telefonie i będzie robił rzeczy, za które dwa lata temu płaciliśmy abonament. Wielkość przestała być argumentem. I to jest jedna z najciekawszych rzeczy, jakie stały się w tej dziedzinie od czasu, gdy w ogóle zaczęliśmy rozmawiać z maszynami jak z ludźmi.

Wielkość przestała być argumentem. I dobrze

Dlaczego wielkie nagle przestało wystarczać

Żeby zrozumieć, co się właściwie dzieje, trzeba na chwilę wrócić do założenia, które przez lata traktowano jak prawo natury. Zakładano, że inteligencja modelu jest w prostej linii funkcją jego rozmiaru i ilości danych, jakimi go nakarmiono. Dolej danych, dołóż parametrów, podłącz więcej prądu - dostaniesz mądrzejszą maszynę. Przez jakiś czas to się sprawdzało spektakularnie. Problem w tym, że każda krzywa, która pnie się stromo w górę, w końcu zaczyna się wypłaszczać.

Okazało się, że dokładanie kolejnych ton parametrów daje coraz mniejszy przyrost jakości przy coraz większym koszcie. To jest klasyczne prawo malejących przychodów, tyle że rozpisane na gigawaty. I w tym samym momencie, gdy najwięksi gracze zderzali się z tą ścianą, badacze zaczęli szukać w drugą stronę: zamiast pytać „jak zbudować większy model”, zaczęli pytać „jak z mniejszego modelu wycisnąć to samo”.

Odpowiedzi okazały się zaskakująco eleganckie. Destylacja, czyli uczenie małego modelu przez naśladowanie dużego. Lepsza selekcja danych zamiast bezmyślnego zasypywania modelu wszystkim, co jest w internecie. Architektury, które aktywują tylko część swojej sieci przy każdym pytaniu, zamiast angażować całą maszynerię do policzenia, ile jest dwa plus dwa. I wreszcie prosta obserwacja, która długo umykała branży zapatrzonej w skalę: model nie musi wiedzieć wszystkiego, żeby dobrze robić jedną rzecz.

To ostatnie jest kluczowe, więc powtórzę inaczej. Przez lata budowaliśmy encyklopedystów - modele, które mają w głowie równocześnie poezję perską, orzecznictwo podatkowe i przepis na risotto. Teraz coraz częściej budujemy specjalistów, którzy jedną wąską rzecz robią świetnie i mieszczą się w kieszeni. A specjalista, który zna się na swoim, prawie zawsze wygra z erudytą, który zna się na wszystkim po trochu.

Kto na tym traci, a udaje, że nie

Tu robi się politycznie. Bo kurczenie się modeli to nie jest neutralny fakt techniczny - to przesunięcie władzy, a każde przesunięcie władzy ma swoich przegranych.

Przez ostatnie lata cała opowieść o AI była wygodna dla bardzo wąskiej grupy podmiotów. Skoro liczy się skala, to liczą się ci, których stać na skalę. A stać na nią kilka firm na świecie, które mają dostęp do gigantycznych zasobów obliczeniowych i kapitału mierzonego w miliardach. To była narracja idealnie skrojona pod istniejący układ sił: jeśli inteligencja jest droga, to inteligencja należy do bogatych, a reszta świata jej sobie wynajmuje na godziny.

Kiedy najlepsze narzędzie wymaga serwerowni, władzę ma ten, kto ma serwerownię. Kiedy najlepsze narzędzie mieści się w laptopie, władza rozlewa się na wszystkich, którzy mają laptopa. To nie jest ulepszenie produktu. To zmiana tego, kto trzyma klucze.

Dlatego kurczenie się modeli jest dla części branży cichym koszmarem, którego głośno się nie przyznaje. Jeśli mały, otwarty model uruchamiany lokalnie potrafi zrobić dziewięćdziesiąt procent tego, za co pobiera się abonament, to cały model biznesowy oparty na wynajmowaniu inteligencji zaczyna trzeszczeć. Nie zawali się z dnia na dzień - najwięksi wciąż będą górować w najtrudniejszych zadaniach i będą to podkreślać przy każdej okazji. Ale marża topnieje najszybciej właśnie tam, gdzie klientowi „wystarczy dobre”, a nie „musi być najlepsze na świecie”. A prawda jest taka, że większości z nas przez większość czasu wystarczy dobre.

Jest jeszcze druga grupa, o której mówi się mniej: dostawcy prądu i sprzętu, którzy zbudowali swoje wyceny na założeniu, że apetyt na moc obliczeniową będzie rósł w nieskończoność. Efektywność jest ich naturalnym wrogiem. Im mniej prądu potrzeba na jednostkę inteligencji, tym mniej sensu ma budowanie kolejnej elektrowni pod centrum danych. Oczywiście zwolennicy nieskończonego wzrostu mają na to gotową ripostę - tak zwany paradoks Jevonsa, zgodnie z którym im coś tańsze, tym więcej tego zużywamy, więc łączne zapotrzebowanie i tak wzrośnie. Może i mają rację. Ale to już zupełnie inna gra niż prosta obietnica „będzie coraz większe”, na której zbudowano ostatnią falę entuzjazmu.

Wielkość przestała być argumentem. I dobrze

Co to znaczy dla reszty z nas

Zejdźmy z poziomu miliardów na poziom, na którym żyjemy wszyscy. Bo „reszta z nas” to sedno tej całej opowieści, a nie przypis do niej.

Pierwsza konsekwencja jest najbardziej dosłowna: inteligentne narzędzia zejdą z chmury na twoje urządzenie. Model, który działa lokalnie, nie musi wysyłać twoich pytań na cudzy serwer. Nie działa tylko wtedy, gdy masz internet i wykupiony pakiet. Nie zniknie, bo firma zmieniła regulamin albo podniosła cenę. To jest różnica jakościowa, a nie ilościowa. To różnica między korzystaniem z narzędzia a posiadaniem go.

Dla prywatności to potencjalnie największa dobra wiadomość dekady. Przez ostatnie lata cena za inteligencję była płacona nie tylko pieniędzmi, ale i danymi - każde pytanie zadane w chmurze to informacja o tobie, twoim zdrowiu, twoich finansach, twoich lękach zadawanych o trzeciej nad ranem. Model działający offline zmienia ten układ. Twój lęk o trzeciej nad ranem zostaje w twoim telefonie. Nie twierdzę, że to automatycznie nastąpi - firmy będą walczyć o to, żeby trzymać cię w chmurze, bo tam są dane i tam są pieniądze. Ale po raz pierwszy istnieje realna, techniczna alternatywa, a nie tylko pobożne życzenie.

Druga konsekwencja jest gospodarcza i dotyczy każdego, kto prowadzi małą firmę albo robi cokolwiek na własną rękę. Dotąd wejście w świat AI oznaczało albo płacenie abonamentu za każdego pracownika, albo zależność od czyjegoś API, którego cena i dostępność zależą od kaprysu dostawcy. Mały, tani, lokalny model zdejmuje tę barierę. Jednoosobowa księgowość, mały warsztat, lokalna przychodnia - wszyscy oni mogą mieć własne narzędzie skrojone pod siebie, bez oddawania danych klientów w obce ręce i bez comiesięcznego haraczu. To jest ta demokratyzacja, o której branża lubi mówić na konferencjach, tyle że tym razem naprawdę zaczyna się dziać.

Jest oczywiście druga strona medalu i byłbym nieuczciwy, gdybym ją przemilczał. Skoro potężne narzędzie mieści się w każdej kieszeni i nie wymaga niczyjej zgody, to mieści się także w kieszeni oszusta, spamera i człowieka o złych zamiarach. Kontrola, jaką dawała centralizacja - możliwość wyłączenia, monitorowania, ograniczenia - znika razem z chmurą. Wolność narzędzia jest zawsze wolnością obosieczną. Nie ma darmowych obiadów, a już na pewno nie w technologii.

Google · Twoje źródłaPromptowy wyżej w Twoim Google - jednym kliknięciemDodaj do preferowanych źródeł

Koniec ery jednego wielkiego mózgu

Najgłębsza zmiana jest jednak koncepcyjna i dopiero zaczynamy ją dostrzegać. Przez ostatnie lata żyliśmy w wyobrażeniu, że AI zmierza ku jednemu wielkiemu mózgowi - ku jakiejś ostatecznej maszynie, gdzieś tam w chmurze, do której wszyscy będziemy się podłączać jak do prądu. Ta wizja była na swój sposób uspokajająca w swojej prostocie. Jeden mózg, jeden ośrodek, jeden punkt, w który można celować regulacją, strachem albo nadzieją.

Rzeczywistość, która się z tego wyłania, jest zupełnie inna i znacznie ciekawsza. Zamiast jednego boga w chmurze dostajemy rój - miliony małych, wyspecjalizowanych modeli działających wszędzie, w telefonach, w samochodach, w lodówkach, w narzędziach, o których jeszcze nie pomyśleliśmy. Inteligencja przestaje być miejscem, do którego się pielgrzymuje, a staje się warstwą, która wsiąka w otoczenie tak, jak wsiąkła elektryczność. Nie chodzimy dziś do „domu z prądem”. Prąd jest po prostu w ścianie. Za jakiś czas inteligencja będzie po prostu w rzeczach.

I tu jest paradoks, który uwielbiam. Im mniejsze stają się modele, tym większy staje się ich wpływ. Bo to, co małe i tanie, rozprzestrzenia się. To, co duże i drogie, pozostaje w rękach nielicznych. Rewolucje przemysłowe nie działy się dlatego, że ktoś zbudował jedną gigantyczną maszynę - działy się dlatego, że maszyna stała się na tyle tania i mała, że każdy mógł ją mieć. Prawdziwa zmiana nie przychodzi z góry, od największych. Przychodzi z dołu, gdy coś staje się dostępne dla wszystkich.

Dlatego nie fascynuje mnie już wyścig o to, kto ma największy model. Ten wyścig wygrywają ci sami, co zwykle, i jego wynik zmieni niewiele w moim życiu. Fascynuje mnie moment, w którym coś przestaje być wielkie, a zaczyna być wszędzie. To wtedy technologia naprawdę wchodzi w krwiobieg cywilizacji. Elektryczność, silnik, komputer, internet - każda z tych rzeczy zmieniła świat nie w chwili, gdy była największa, lecz w chwili, gdy stała się na tyle mała i tania, że przestaliśmy ją zauważać.

Modele się kurczą, a stają coraz lepsze. Brzmi jak niuans dla inżynierów. W rzeczywistości jest to zdanie o tym, komu przez najbliższą dekadę będzie służyć najpotężniejsza technologia naszych czasów. I po raz pierwszy od dawna odpowiedź brzmi: być może nam. Nie dlatego, że ktoś nam ją łaskawie odda - tego nikt nie robi dobrowolnie. Dlatego, że stała się na tyle mała, że nie da się jej już utrzymać w jednej ręce.

// Newsletter

Cały tydzień w AI, w jednym mailu

Wybrane premiery, narzędzia i analizy. Raz w tygodniu, prosto do skrzynki.

Zapisz się za darmo →
Za darmo. Wypisujesz się jednym kliknięciem.

Najczęstsze pytania

Dlaczego małe modele AI zaczęły dorównywać dużym?

Przyczyną jest zastosowanie takich technik jak destylacja, lepsza selekcja danych i architektury aktywujące tylko część sieci przy każdym zapytaniu. Dodawanie kolejnych parametrów podlega prawu malejących przychodów - każdy dodatkowy bilion parametrów daje coraz mniejszy przyrost jakości przy coraz wyższym koszcie energii.

Co dla zwykłego użytkownika zmienia działanie modelu AI lokalnie na urządzeniu zamiast w chmurze?

Model lokalny nie wysyła pytań na cudzy serwer, działa bez internetu i nie znika po zmianie regulaminu lub podwyżce ceny przez dostawcę. Autor opisuje to jako różnicę między korzystaniem z narzędzia a posiadaniem go.

Kto traci na tym, że modele AI stają się mniejsze i tańsze?

Tracą firmy, których model biznesowy opiera się na wynajmowaniu inteligencji w chmurze za abonament, oraz dostawcy sprzętu i prądu, którzy liczyli na nieskończony wzrost zapotrzebowania na moc obliczeniową. Centralizacja dawała im też kontrolę - możliwość wyłączenia lub monitorowania modeli, która znika wraz z przejściem na lokalne narzędzia.

Czy małe lokalne modele AI mogą być niebezpieczne?

Tak - autor wprost przyznaje, że potężne narzędzie w każdej kieszeni trafia też do rąk oszustów, spamerów i osób o złych zamiarach. Kontrola, jaką dawała centralizacja - możliwość wyłączenia lub ograniczenia dostępu - znika razem z modelem chmurowym.

Piotr Olszewski

Piotr Olszewski

ADMINISTRATOR

Piotr Olszewski - twórca i autor Promptowego, polskiego serwisu o sztucznej inteligencji. Codziennie śledzi premiery modeli, narzędzia i regulacje AI, i tłumaczy je prostym, konkretnym językiem.

// mapa strony
🛒 Sklep Kinetyka Google AI Gemini Pro 170 zł CapCut Pro 600 zł/rok Cursor Pro 320 zł/rok Zobacz wszystko →
× powiększenie