Mój stack AI w 2026: cmentarzysko zakładek i trzy narzędzia, których naprawdę używam
Dlaczego mój stack AI w 2026 skurczył się do garstki narzędzi i czemu uważam to za zwycięstwo, a nie porażkę.
👁 112 przeczytań
- W 2026 roku autor używa dokładnie trzech narzędzi AI: modelu konwersacyjnego do myślenia, researchu z cytowaniem i asystenta wbudowanego w edytor.
- Stack AI autora skurczył się o 90 procent w porównaniu do lat 2023-2024, kiedy miał ponad 240 zakładek i osobne narzędzia do każdego zadania.
- Głównym powodem kasowania narzędzi była zasada: jeśli dane AI nie było używane świadomie z konkretnym efektem przez 30 dni, lądowało w koszu - nie w archiwum.
Otworzyłem folder zakładek nazwany „AI - narzędzia” i przez chwilę poczułem się jak archeolog, który przypadkiem odkopał własną młodość. Dwieście czterdzieści kilka linków. Generatory awatarów, których marka już nie istnieje. Wtyczki do przeglądarki obiecujące, że napiszą za mnie każdy mail w tonie „profesjonalnym, ale przyjaznym”. Aplikacja do robienia podcastów z tekstu, którą odpaliłem raz i nigdy więcej. Trzy różne „drugie mózgi”, z których żadne nie zapamiętało niczego, co miałoby dla mnie wartość. Cmentarzysko. Ładne, kolorowe, martwe cmentarzysko.
I wtedy pomyślałem coś, co jeszcze dwa lata temu wydałoby mi się herezją: mój stack AI w 2026 jest mniejszy niż w 2023, i to jest dokładnie ta zmiana, na którą czekałem. Nie większy. Nie „zoptymalizowany”. Mniejszy. Chudszy o dziewięćdziesiąt procent i sprawniejszy niż kiedykolwiek.
Bo prawda, której branża AI nie chce wypowiedzieć na głos, brzmi tak: przez ostatnie trzy lata nie budowaliśmy stacków. Kolekcjonowaliśmy lęk przed pominięciem, opakowany w subskrypcje po dziewiętnaście dolarów miesięcznie.

Choroba, która nazywa się „a może to coś zmieni”
Znacie ten mechanizm, bo pewnie sami przez niego przeszliście. Pojawia się nowe narzędzie. Ktoś na LinkedInie pisze wątek o AI. Wrzucacie je do zakładek „na później”. Zakładacie konto. Klikacie trzy razy. Mówicie sobie, że jak będziecie mieli chwilę, to się w to wgryziecie. Chwila nie nadchodzi nigdy, ale konto zostaje, subskrypcja się odnawia, a wy nosicie w głowie ciche poczucie winy, że nie wykorzystujecie potencjału.
Ja to nazywam podatkiem od potencjału. Płaci się go nie pieniędzmi, choć nimi też, tylko uwagą. Każde narzędzie w stacku to nie jest zysk, tylko koszt: koszt pamiętania, że istnieje, koszt decyzji, którego z pięciu identycznych czatów użyć do tego samego zadania, koszt przełączania kontekstu między dwunastoma zakładkami, z których każda krzyczy, że jest najważniejsza.
W 2023 i 2024 dałem się na to nabrać kompletnie. Miałem osobne narzędzie do transkrypcji, osobne do „rozumienia” dokumentów, osobne do notatek, osobne do researchu, osobne do generowania obrazków, osobne do „myślenia”. Czułem się jak pilot Boeinga otoczony setką przełączników, z tą różnicą, że pilot przynajmniej wie, co który robi. Ja tylko udawałem, że panuję nad kokpitem, a w praktyce i tak lądowałem awaryjnie w tym samym czacie, w którym zaczynałem.
Nie mierzy się dojrzałości stacku liczbą narzędzi, które masz. Mierzy się ją liczbą narzędzi, które odważyłeś się skasować.
I dopiero w 2025 coś we mnie pękło. Zacząłem kasować. Bez sentymentu, bez „a może się przyda”. Zasada była brutalnie prosta: jeśli nie użyłem narzędzia w ostatnie trzydzieści dni świadomie i z konkretnym efektem, ląduje w koszu. Nie w archiwum. W koszu.
Co odpadło i dlaczego mnie to nie boli
Odpadła cała kategoria, którą nazywam „AI-owe wrappery na jeden trik”. Aplikacja, która robi wyłącznie streszczenia. Aplikacja, która wyłącznie zamienia tekst na posty. Aplikacja, która wyłącznie generuje tytuły. Każda z nich była nakładką na ten sam model językowy, do którego i tak miałem bezpośredni dostęp gdzie indziej. Płaciłem za interfejs i za jeden gotowy prompt. To trochę tak, jakby kupować osobny nóż do każdego warzywa, kiedy w szufladzie leży jeden porządny, który poradzi sobie z całym targiem.
Odpadły „drugie mózgi”. Mówię to z pewnym żalem, bo idea jest piękna: narzędzie, które pamięta wszystko, co czytałem, myślałem i notowałem, i w odpowiednim momencie mi to podsuwa. Problem w tym, że żadne z nich nie pamiętało tego, co dla mnie ważne, tylko to, co łatwo było zindeksować. Dostawałem cyfrowego chomika, który skrzętnie gromadził paragrafy, ale nie miał pojęcia, po co je zbiera. Prawdziwym drugim mózgiem okazało się coś zawstydzająco analogowego - moje notatki pisane własną ręką i jeden dobry model, któremu je wklejam, kiedy chcę o czymś pomyśleć na głos.
Odpadły generatory obrazków w wersji „mam ich pięć, bo każdy jest w czymś lepszy”. To była szczególnie podstępna pułapka, bo brzmi racjonalnie. Ten jest lepszy w twarze, tamten w tekst, tamten w styl. W praktyce spędzałem więcej czasu na decydowaniu, którego użyć, niż na samym tworzeniu. Wybrałem jeden. Ten, który jest wystarczająco dobry w dziewięćdziesięciu procentach przypadków. Pozostałe dziesięć procent przeżyję.
I odpadło coś jeszcze - odpadła wiara, że nowszy zawsze znaczy lepszy. To była najtrudniejsza amputacja. Bo branża AI żyje z jednego założenia: że to, czego używałeś wczoraj, jest już przestarzałe. Że musisz gonić. Że jeśli nie testujesz najnowszego modelu w dniu premiery, zostajesz w tyle. Otóż nie. Zostawanie w tyle to mit sprzedawany przez tych, którym płaci się za twoją niepewność.

Co zostało - i dlaczego akurat to
Zostały trzy rzeczy. Nie trzy aplikacje, bo to za wąskie słowo. Trzy funkcje, które przetrwały czystkę, bo każda z nich realnie zmienia to, jak myślę i pracuję, a nie tylko jak wygląda mój ekran.
Pierwsza: jeden mocny, uniwersalny model konwersacyjny, którego traktuję jak partnera do myślenia, a nie jak automat do zadań. Nie zmienia się to od zadania do zadania. To jedno okno, do którego wracam, kiedy muszę coś przemyśleć, rozłożyć na części, sprawdzić, czy mój argument się klei, albo napisać pierwszą, brzydką wersję czegokolwiek. Nauczyłem się z nim rozmawiać jak z bystrym, oczytanym kolegą, który nigdy się nie męczy i nigdy nie obraża, kiedy mówię „nie, to bez sensu, zacznij od nowa”. Nie oczekuję od niego prawdy. Oczekuję tarcia. A tarcie, które prowadzi do lepszej myśli, jest warte więcej niż dziesięć narzędzi, które podają mi gotowce.
Druga rzecz, która została: research, który potrafi cytować i szukać w czasie rzeczywistym. To jedyna kategoria „wyszukiwania AI”, która przetrwała, bo zamiast zmyślać, pokazuje mi, skąd wie. Dla kogoś, kto pisze publicznie i nie może sobie pozwolić na powtarzanie halucynacji jako faktu, to nie jest wygoda. To jest higiena zawodowa. Reszta „search-owych” zabawek, które tylko ładnie pakowały niesprawdzone bzdury w pewny siebie ton, wyleciała jako pierwsza.
Trzecia rzecz - i tu będzie kontrowersyjnie - to AI wbudowane bezpośrednio w narzędzia, których już i tak używam. Nie osobna aplikacja. Nie kolejna zakładka. Model, który mieszka w edytorze, w którym piszę, i w miejscu, gdzie trzymam kod czy notatki. Największą lekcją 2025 roku było dla mnie to, że najlepszy AI to ten, o którym zapominam, że go używam. Nie ten, do którego muszę pielgrzymować przez trzy kliknięcia i logowanie. Ten, który jest po prostu tam, gdzie już jestem.
Trzy rzeczy. Model do myślenia, research do sprawdzania, wbudowany asystent do robienia. To jest cały mój stack. Reszta była kostiumem.
Dlaczego mniejszy stack to lepszy człowiek
Można powiedzieć, że przecież narzędzia nic nie kosztują, więc czemu nie trzymać ich na zapas. Ale to jest właśnie ten sposób myślenia, który przez trzy lata rozdmuchiwał moje życie cyfrowe do rozmiarów, w których przestałem się w nim odnajdywać. Narzędzia kosztują. Kosztują tym, że każde z nich zajmuje kawałek twojej głowy, cichą rezerwację uwagi na „kiedyś to ogarnę”.
Ale jest jeszcze głębszy powód, dla którego zredukowałem stack, i nie ma on nic wspólnego z produktywnością. Chodzi o to, że im więcej narzędzi AI miałem, tym mniej myślałem sam. Każde z nich obiecywało, że zdejmie ze mnie jakiś fragment wysiłku - i zdejmowało. Problem w tym, że część tego wysiłku była mną. Kiedy oddajesz maszynie research, streszczanie, pierwszą wersję, tytuł, pomysł i redakcję, to w pewnym momencie zostaje pytanie, co właściwie w tym tekście jest jeszcze twoje.
Mniejszy stack zmusił mnie do powrotu do samego siebie. Model konwersacyjny został, bo pomaga mi myśleć - ale to wciąż ja myślę. Research został, bo weryfikuje - ale to wciąż ja decyduję, co jest prawdą. Wbudowany asystent został, bo przyspiesza - ale to wciąż ja wiem, dokąd zmierzam. Wszystko, co odpadło, miało jedną wspólną cechę: chciało myśleć za mnie, a nie ze mną.
AI, które cię zastępuje, jest wygodne dokładnie do momentu, w którym przestaje być jasne, po co jeszcze jesteś.
Nie jestem naiwny. Wiem, że za rok pojawi się coś, co znów obieca zmienić wszystko. Wiem, że modele będą lepsze, tańsze i bardziej wszechobecne. Wiem, że pojawi się nowa fala narzędzi, których dziś nie umiem sobie nawet wyobrazić, i że część z nich będzie naprawdę wartościowa. Nie mam nic przeciwko nowemu. Mam coś przeciwko gromadzeniu nowego jako substytutu myślenia o tym, czego naprawdę potrzebuję.
Bo dojrzałość w relacji z technologią nie polega na tym, że masz wszystko. Polega na tym, że wiesz, czego nie chcesz. I że potrafisz zamknąć zakładkę bez poczucia, że coś tracisz.
Google · Twoje źródłaPromptowy wyżej w Twoim Google - jednym kliknięciemDodaj do preferowanych źródeł →Jedno pytanie zamiast dwustu zakładek
Skasowałem ten folder z zakładkami. Wszystkie dwieście czterdzieści kilka. Nie zarchiwizowałem, nie zrobiłem kopii „na wszelki wypadek”. Skasowałem. Poczułem się przy tym lżejszy, jakbym zdjął plecak, który nosiłem tak długo, że przestałem czuć jego ciężar, dopóki go nie odłożyłem.
Jeśli miałbym zostawić wam jedną rzecz z tego felietonu, to nie listę narzędzi, bo za rok będzie nieaktualna, a za dwa lata śmieszna. Zostawiam wam jedno pytanie, które zadaję teraz każdemu nowemu błyskotkowi, zanim wpuszczę go do swojego stacku. Nie „czy to imponujące”. Nie „czy inni tego używają”. Nie „czy to przyszłość”. Tylko jedno, jedyne pytanie: czy to sprawia, że myślę lepiej, czy tylko sprawia, że myślę mniej.
Większość narzędzi AI, które zbudowaliśmy do tej pory, to druga odpowiedź. Sztuka roku 2026, przynajmniej moja, polega na tym, żeby mieć odwagę powiedzieć im „nie” i zostać z tą garstką, która wybrała pierwszą. Cmentarzysko zakładek niech sobie leży. Ja idę myśleć.
Cały tydzień w AI, w jednym mailu
Wybrane premiery, narzędzia i analizy. Raz w tygodniu, prosto do skrzynki.
Zapisz się za darmo →Najczęstsze pytania
Dlaczego warto ograniczyć liczbę narzędzi AI do minimum?
Każde narzędzie w stacku to koszt uwagi: pamiętanie o jego istnieniu, wybór między kilkoma podobnymi opcjami i przełączanie kontekstu. Autor argumentuje, że im więcej narzędzi AI, tym mniej człowiek myśli sam, bo kolejne aplikacje stopniowo przejmują coraz więcej fragmentów procesu twórczego.
Co to jest podatek od potencjału w kontekście narzędzi AI?
To określenie autora na koszt uwagi płacony za każde narzędzie, które się posiada, ale rzadko używa. Płaci się go nie tylko pieniędzmi - np. subskrypcjami po 19 dolarów miesięcznie - ale przede wszystkim cichym poczuciem winy i cichą rezerwacją uwagi na 'kiedyś to ogarnę'.
Czym są wrapperowe narzędzia AI i dlaczego autor z nich zrezygnował?
To aplikacje robiące wyłącznie jedną rzecz: tylko streszczenia, tylko zamianę tekstu na posty albo tylko generowanie tytułów - każda będąca nakładką na ten sam model językowy dostępny gdzie indziej. Autor zrezygnował z nich, bo płacił za gotowy prompt i interfejs, mając jednocześnie bezpośredni dostęp do tego samego modelu w innym miejscu.
Jak autor ocenia koncepcję drugiego mózgu w narzędziach AI?
Ocenia ją krytycznie - żadne z testowanych narzędzi nie pamiętało tego, co dla niego ważne, tylko to, co łatwo było zindeksować. Jego rzeczywistym drugim mózgiem stały się odręczne notatki i jeden model konwersacyjny, któremu te notatki wkleja, gdy chce coś przemyśleć na głos.
