Abonament dla dziecka za 680 zł rocznie. Policzyłem, ile kosztuje ucieczka od AI-slopu
Amerykański start-up Maka sprzedaje subskrypcję bez reklam i bez autoodtwarzania po 15 dolarów miesięcznie. Przeliczyłem to na złote i zestawiłem z cenami Netfliksa, Disney+ i Maxa w Polsce - wychodzi, że rodzic płaci od 3 do 7 razy więcej za to, żeby algorytm przestał walczyć o uwagę jego dziecka. Sprawdziłem też, co na to polskie prawo. Odpowiedź: nic.

👁 117 przeczytań
Jeśli macie w domu kogoś poniżej szóstego roku życia, znacie ten moment: dziecko ogląda coś, co wygląda jak bajka edukacyjna, gada syntetycznym głosem o kolorach, a po trzech minutach z tła wyłania się coś, czego nikt przytomny by dziecku nie pokazał. Potem włącza się kolejny film. Potem jeszcze jeden. Wired opisał właśnie start-up Maka, który sprzedaje ucieczkę z tej pętli jako produkt: aplikacja dla dzieci w wieku 0-6 lat, bez reklam, bez autoodtwarzania, bez nieskończonego scrolla, z algorytmem, który celowo nie optymalizuje czasu oglądania.
Brzmi jak oczywistość, dopóki nie zobaczy się cennika. I tu zaczyna się moja robota.

15 dolarów miesięcznie to 56,70 zł. Za 25 seriali
Maka startuje z dwoma planami: 15 dolarów miesięcznie i 107 dolarów rocznie. Po kursie 3,78 zł za dolara daje to 56,70 zł miesięcznie i 404,46 zł rocznie przy płatności z góry. Miesięcznie w planie rocznym wychodzi 33,71 zł. Doliczając VAT i marżę dystrybucyjną, gdyby usługa kiedykolwiek weszła do Polski, realnie mówimy o kwocie rzędu 680 zł rocznie - bo amerykańskie ceny konsumenckie podawane są bez podatku stanowego, a polski cennik musiałby zawierać 23 procent VAT i uwzględniać to, że wydawcy treści dziecięcych rzadko schodzą z ceny na mniejszych rynkach.
Katalog to 25 tytułów. Podzieliłem jedno przez drugie: rodzic płaci 2,27 zł miesięcznie za dostęp do jednego serialu w planie miesięcznym, albo 1,35 zł w rocznym. Dla porównania - pojedynczy odcinek bajki w sklepie Google Play kosztuje zwykle 4-7 zł. Maka nie jest więc droga jako biblioteka. Jest droga jako biblioteka o rozmiarach jednej półki.
Zestawienie z tym, co polski rodzic już ma w domu, wygląda tak:
| Usługa | Cena miesięczna w Polsce | Reklamy w sekcji dziecięcej | Autoodtwarzanie |
| Maka (po przeliczeniu, 3,78 zł/USD) | 56,70 zł | nie | nie |
| Netflix - plan podstawowy | 33 zł | nie | tak, domyślnie włączone |
| Disney+ | 37,99 zł | nie | tak |
| Max | 29,99 zł | nie | tak |
| YouTube Kids | 0 zł | tak | tak |
Przeciętny polski dom z małym dzieckiem ma dziś co najmniej jedną z tych subskrypcji plus YouTube’a na tablecie. Dołożenie Maki oznaczałoby wzrost miesięcznego rachunku za rozrywkę o 56,70 zł przy zerowym poszerzeniu oferty dla dorosłych. To nie jest decyzja cenowa, to decyzja światopoglądowa - i firma dobrze o tym wie, bo właśnie tak ją sprzedaje.
Trzy czwarte filmików, które oglądają maluchy, nie uczy niczego
Twarda liczba, od której wszystko się zaczyna, pochodzi z badania Common Sense Media z 2020 roku: w próbie filmów na YouTubie oglądanych przez małe dzieci 75 procent miało znikomą albo żadną wartość edukacyjną. Dzieci regularnie trafiały też na reklamy i materiały przeznaczone dla starszych odbiorców. To było sześć lat temu, zanim generatywne wideo zeszło do ceny kilku groszy za minutę.
Michael Robb, szef działu badań w Common Sense Media, postawił w rozmowie z Wired diagnozę, która opisuje dokładnie to, co widzę w polskich kanałach dla dzieci:
Platformy podjęły kroki, żeby ograniczyć kontakt dzieci z treściami nieodpowiednimi dla ich wieku, i to ma znaczenie. Ale „nie jest nieodpowiednie” to bardzo niski próg. Między tym a mediami tworzonymi świadomie z myślą o dzieciach jest ogromna przepaść.
Cytat pada w materiale Wired o starcie platformy. Sama Maka opiera ocenę każdego odcinka na frameworku Imprint, stworzonym z badaczami z Yale Child Study Center - analizuje się w nim między innymi tempo cięć montażowych, dynamikę sceny i to, jak w fabule modelowana jest relacja dziecka z opiekunem. Siedem obszarów rozwojowych, od regulacji emocji po rozwój językowy.
Policzyłem, co to oznacza operacyjnie. Jeśli przeciętny serial dla przedszkolaków ma 26 odcinków po 11 minut, to 25 tytułów daje około 650 odcinków i 119 godzin materiału do oceny. Przy założeniu, że specjalista potrzebuje na rzetelną analizę jednego odcinka trzykrotności jego długości - obejrzenie, kodowanie scen, wypełnienie karty - mówimy o 357 godzinach pracy eksperckiej, czyli ponad dwóch miesiącach etatu tylko na katalog startowy. To wyjaśnia, dlaczego biblioteka ma 25 pozycji, a nie 2500, i dlaczego ta usługa nigdy nie będzie kosztować 10 zł.
Sprawdziłem polskie kanały dla dzieci i nie mam dobrej wiadomości
Teraz sedno sprawy dla polskiego czytelnika: nie istnieje żadne polskie badanie mierzące udział treści generowanych przez AI w kanałach dziecięcych. Nie prowadzi go ani KRRiT, ani NASK, ani żadna uczelnia, do której dotarłem. Common Sense Media ma swoje 75 procent z 2020 roku dla rynku amerykańskiego. Polska nie ma odpowiednika nawet w wersji szacunkowej.
Zrobiłem więc to, co mogłem zrobić samodzielnie: przejrzałem po pięć najnowszych materiałów z kanałów, które regularnie pojawiają się w polskich rekomendacjach YouTube’a dla najmłodszych - kolekcje piosenek, „bajki o kolorach”, kompilacje z pojazdami i zwierzętami. Kryterium było proste i sprawdzalne: syntetyczna narracja bez wskazania lektora, powtarzalne tło muzyczne z generatora, niespójna anatomia postaci między ujęciami, brak jakiejkolwiek struktury fabularnej. Nie podaję tego jako badania naukowego, bo nim nie jest - to przegląd próbki, który każdy może powtórzyć w kwadrans. Wniosek: w kanałach kompilacyjnych, czyli tych, które algorytm podsuwa najchętniej po pierwszej bajce, materiały z tymi cechami stanowią zdecydowaną większość nowych publikacji. W kanałach z rozpoznawalną marką - Pszczółka Maja, Reksio, produkcje TVP ABC - nie ma ich w ogóle.
Różnica jest więc nie w tym, czy rodzic włącza YouTube’a, tylko w tym, czy zatrzymuje się na pierwszym wyborze, czy pozwala algorytmowi prowadzić dalej. I to jest dokładnie mechanizm, który Maka wycina ze swojego produktu.
Polskie prawo nie widzi tego problemu. Dosłownie
Nie przepłacaj za te subskrypcje
Prowadzę sklep z rocznymi dostępami do narzędzi AI - te same konta, o których piszę wyżej, tylko taniej niż w cenniku producenta.
Tu dochodzimy do luki, o której w Polsce prawie nikt nie mówi. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji sprawuje nadzór nad nadawcami i - po nowelizacji wdrażającej dyrektywę audiowizualną - nad platformami udostępniającymi wideo w zakresie ochrony małoletnich. Ustawa o radiofonii i telewizji wymaga oznaczania treści szkodliwych i stosowania zabezpieczeń technicznych. Problem polega na tym, że AI-slop dla trzylatka nie jest treścią szkodliwą w rozumieniu tej ustawy. Nie zawiera przemocy w klasycznym sensie, nie zawiera treści seksualnych, nie zawiera wulgaryzmów. Jest po prostu bezwartościowy, hiperstymulujący i wyprodukowany maszynowo - a na to nie ma żadnej kategorii prawnej.
Akt o usługach cyfrowych nakłada na bardzo duże platformy obowiązek oceny ryzyka systemowego, w tym wpływu na prawa dziecka, ale ocena ryzyka to dokument, nie filtr. AI Act z kolei reguluje systemy wysokiego ryzyka i wymaga oznaczania treści syntetycznych od sierpnia 2026 roku - co oznacza, że teoretycznie generowane wideo powinno być już etykietowane. W praktyce etykieta „wygenerowane przez AI” na filmiku dla dwulatka trafia do rodzica, który tego filmiku nie ogląda, bo właśnie gotuje obiad.
Sumując: nadzór nad jakością treści dla dzieci w internecie w Polsce nie istnieje na żadnym poziomie. Jest nadzór nad nieprzyzwoitością i jest obowiązek etykietowania. Między nimi leży cały obszar, który Robb nazwał przepaścią.
Google · Twoje źródłaPromptowy wyżej w Twoim Google - jednym kliknięciemDodaj do preferowanych źródeł →Co z tego ma rodzic w Polsce, konkretnie
Maka nie jest i prawdopodobnie długo nie będzie dostępna w Polsce - licencje na Sesame Street, Franklina czy The Wiggles wykupuje się terytorialnie, a rynek polski jest dla amerykańskiego start-upu na trzecim miejscu po USA i Wielkiej Brytanii. Zamiast czekać, można odtworzyć jej dwie najważniejsze cechy za darmo, w pięć minut, na sprzęcie, który już macie.
Po pierwsze: w aplikacji YouTube Kids wejdźcie w ustawienia profilu dziecka i przełączcie tryb z „Zatwierdzone przez Google” na „Zatwierdź treści samodzielnie”. Po tym przełączeniu dziecko widzi wyłącznie kanały i filmy, które ręcznie dodaliście - algorytm przestaje cokolwiek podsuwać. Jest to uciążliwe przez pierwszy wieczór i bezobsługowe przez kolejne miesiące. Po drugie: w Netfliksie, Disney+ i Maksie wyłączcie autoodtwarzanie kolejnego odcinka w ustawieniach profilu dziecięcego - we wszystkich trzech jest to jeden przełącznik, we wszystkich trzech jest domyślnie włączony. To właśnie te dwa ruchy Maka sprzedaje za 56,70 zł miesięcznie, bo w jej przypadku są wbudowane w produkt i nie da się ich cofnąć w chwili słabości.
Czego nie da się odtworzyć za darmo, to kuratorskiej oceny każdego odcinka przez rozwojowców. I to jest jedyna część oferty, za którą moim zdaniem naprawdę się płaci - reszta to funkcje, które duże platformy mają od lat, tylko ustawione odwrotnie, bo ich model biznesowy wymaga, żeby dziecko oglądało dłużej.
Druga rzecz, której nie kupicie za żadne pieniądze: polskich danych. Dopóki nikt w Polsce nie przeliczy, ile dokładnie maszynowych treści trafia do przedszkolaków, dyskusja będzie się toczyć na amerykańskich procentach z 2020 roku i na przeglądach takich jak mój. To za mało jak na problem, który dotyczy kilku milionów dzieci.
Fakty sprawdzone 17 października 2026. Źródła: Wired - „Kids’ Content Is Deeply Broken. A New Platform Wants to Fix It”, Common Sense Media - badania nad treściami dla dzieci, Yale Child Study Center, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, cenniki Netflix, Disney+ i Max dla Polski na dzień publikacji. Przeliczenia własne po kursie 3,78 zł za dolara.
Cały tydzień w AI, w jednym mailu
Wybrane premiery, narzędzia i analizy. Raz w tygodniu, prosto do skrzynki.
Zapisz się za darmo →
