Słowo „AI” w reklamie odstrasza klientów. Tak twierdzi 60 procent Amerykanów
Nowy raport WordPress VIP pokazuje paradoks: firmy walczą o widoczność w wyszukiwarkach AI, a konsumenci coraz mocniej nie ufają temu, co dostają od AI.
👁 127 przeczytań
Wyobraźcie sobie, że wkładacie miliony w to, żeby wasza marka pojawiała się w odpowiedziach generowanych przez sztuczną inteligencję, a potem dowiadujecie się, że samo słowo „AI” w komunikacji odstrasza ponad połowę waszych klientów. To nie hipoteza. To wynik badania, które właśnie opublikował WordPress VIP, należąca do Automattic firma oferująca korporacyjną wersję platformy WordPress.
Liczba, która rzuca się w oczy najmocniej: 60 procent amerykańskich konsumentów uznaje obecność słowa „AI” w przekazie marki za czynnik zniechęcający. Nie neutralny. Zniechęcający. A do tego 86 procent badanych przyznaje, że nie ufa w pełni odpowiedziom sztucznej inteligencji i nadal chce sięgać do oryginalnych źródeł. Innymi słowy: ludzie korzystają z AI, ale traktują ją mniej więcej tak, jak nieznajomego w internecie, który coś im radzi - z podejrzliwością.
Raport opiera się na ankiecie przeprowadzonej w kwietniu wśród 2000 respondentów: 800 z nich to decydenci korporacyjni i szefowie marketingu, a 1200 to zwykli dorośli Amerykanie. To właśnie zderzenie tych dwóch grup czyni dokument tak interesującym, bo pokazuje rozjazd między tym, co robią firmy, a tym, czego chcą ich klienci.
Mniej zaufania niż do rachunku za samolot
Jest w tym badaniu jeden wynik, który aż prosi się o ramkę. Aż 42 procent konsumentów stwierdziło, że odpowiedziom generowanym przez AI bez wyraźnego wskazania źródła ufa mniej niż dopłatom liniom lotniczym, zagmatwanym politykom prywatności i rachunkom medycznym. Pomyślcie o tym przez chwilę. Mówimy o trzech rzeczach, które są w amerykańskiej popkulturze synonimem oszustwa i frustracji - i odpowiedź AI bez atrybucji wypada w tym towarzystwie jeszcze gorzej.
Do tego dochodzi szerszy, melancholijny obraz sieci. Niemal trzech na czterech ankietowanych uważa, że internet wydaje się dziś „mniej ludzki” niż dekadę temu. To zdanie dobrze podsumowuje nastrój, który wielu z nas zna z autopsji: zalew treści generowanych masowo, strony pisane pod algorytm, a nie pod człowieka, i rosnące poczucie, że po drugiej stronie ekranu coraz rzadziej jest ktoś żywy.
Paradoks marketingowca
I tu robi się ciekawie, bo raport jednocześnie pokazuje, że ruch z wyszukiwarek AI rośnie. Sześćdziesiąt procent przedstawicieli firm twierdzi, że odwiedziny z silników AI i platform odpowiadających na pytania zwiększyły się w ciągu ostatniego roku. A 74 procent decydentów uznaje widoczność i atrybucję w AI za priorytet główny albo istotny. Marki gonią więc za obecnością w odpowiedziach modeli, bo tam są ich klienci - a równocześnie ci sami klienci nie ufają tym odpowiedziom.
Brian Alvey, dyrektor techniczny WordPress VIP, ujął tę nową rzeczywistość bardzo dosadnie w komentarzu dołączonym do raportu firmy:
„Kiedyś budowało się strony dla ludzi. Teraz musisz budować strony dla agentów AI działających w imieniu tych ludzi. Jeśli treść twojej witryny nie jest czytelna dla AI, jesteś niewidzialny dla rosnącej części tego, jak ludzie szukają. Nie istniejesz. A jeśli twoja treść nie wydaje się ludzka i godna zaufania dla tego niewielkiego odsetka osób, które faktycznie klikną poza silnik odpowiedzi AI, nie wrócą po raz drugi.”
To zdanie warto przeczytać dwa razy, bo zawiera całą strategiczną pułapkę współczesnego marketingu. Musisz pisać tak, żeby zrozumiała cię maszyna - inaczej znikniesz z obiegu. Ale musisz też pisać tak, żeby uwierzył ci człowiek - bo inaczej, gdy już do ciebie trafi, nigdy nie wróci. Dwa wymagania ciągnące w przeciwnych kierunkach.
Google · Twoje źródłaPromptowy wyżej w Twoim Google - jednym kliknięciemDodaj do preferowanych źródeł →Co się tu naprawdę dzieje
Moim zdaniem ten raport opisuje moment przejściowy, w którym tradycyjne SEO - cała sztuka optymalizacji pod Google - ustępuje miejsca czemuś, co można nazwać optymalizacją pod modele językowe. Tyle że publikuje go firma, która ma w tej zmianie konkretny interes. Automattic od lat stawia na otwarty internet: wspiera projekt open source WordPress i inwestuje w otwarte protokoły sieciowe, jak ActivityPub. Nic dziwnego, że wnioski raportu pięknie układają się pod tę narrację.
I rzeczywiście, badanie dostarcza tu mocnej amunicji. Aż 80 procent konsumentów uważa, że informacje w sieci powinny pozostać otwarcie dostępne, a nie kontrolowane przez garstkę wielkich organizacji. To bezpośrednie uderzenie w model, w którym kilka firm posiadających najpotężniejsze modele AI staje się pośrednikiem między ludźmi a całą wiedzą internetu. A 33 procent badanych przyznało, że kliknięcie do oryginalnego źródła wciąż jest dla nich najważniejszym sygnałem zaufania - czyli stary, dobry odnośnik do strony nadal coś znaczy.
Trzeba przy tym pamiętać o ograniczeniach takich danych. To badanie deklaratywne. Co innego powiedzieć ankieterowi, że słowo „AI” was odstrasza, a co innego rzeczywiście zrezygnować z zakupu z tego powodu. Konsumenci często deklarują nieufność wobec technologii, z której potem korzystają codziennie i bez oporów. Ja czytam te 60 procent nie jako zapowiedź buntu, lecz jako sygnał zmęczenia - słowo „AI” w marketingu przestało być obietnicą nowoczesności, a stało się szumem, który ludzie już nauczyli się ignorować.
Dla każdego, kto prowadzi stronę, tworzy treści albo zarządza marką, płynie z tego dość praktyczny wniosek. Naklejka „napędzane przez AI” nie sprzedaje już sama z siebie - a w wielu kontekstach wręcz szkodzi. To, co naprawdę buduje zaufanie, to przejrzystość, wyraźne wskazanie źródeł i poczucie, że po drugiej stronie jest człowiek. W świecie, w którym maszyny piszą coraz więcej, autentyczny ludzki głos może okazać się najrzadszym i najcenniejszym towarem. Trochę ironiczne, że uczy nas tego dopiero era AI.
Cały tydzień w AI, w jednym mailu
Wybrane premiery, narzędzia i analizy. Raz w tygodniu, prosto do skrzynki.
Zapisz się za darmo →


