Krytycy AI jako agenci Chin? Administracja Trumpa uderza w przeciwników centrów danych
Administracja Trumpa ogłosiła, że sprzeciw wobec AI i centrów danych to chińska operacja wpływu, a Departament Sprawiedliwości ostrzegł, że osoby działające w interesie obcego mocarstwa - nawet podczas publicznych demonstracji - muszą formalnie zgłaszać się do władz pod groźbą aresztowania.

Ten news ukazał się 9 godzin po komunikacie źródła.
👁 119 przeczytań
Departament Sprawiedliwości USA wydał oficjalne ostrzeżenie, zgodnie z którym każda osoba - obywatel lub nieobywatel - prowadząca jakąkolwiek działalność publiczną, w tym uczestnicząca w demonstracjach, która tym samym realizuje cele obcego mocarstwa, musi formalnie powiadomić rząd, by uniknąć aresztowania i ścigania karnego. Dokument, datowany na wrzesień 2026 r., nie wymienia z nazwy żadnych konkretnych protestów ani organizacji - ale kontekst jest aż nadto czytelny.
Zdrajcy i rewolucjoniści w służbie Pekinu
Kilka dni przed publikacją ostrzeżenia DOJ prezydent Trump opublikował serię postów, które zdefiniowały nowego wroga publicznego. 14 września napisał:
„There is a SICK conspiracy going on against AI and Data Centers, and the only one that is happy about it is China. Conspiracy Theorists, Treasonists, Traitors, and Leakers, BEWARE!”
- Donald Trump, 14 września 2026 r.

W kolejnym wpisie Trump poszedł jeszcze dalej, charakteryzując osoby twierdzące, że AI zagraża światu lub że centra danych szkodzą lokalnym społecznościom, jako „rewolucjonistów złej i złowrogiej sprawy”. W trzecim poście wyjaśnił swoją teorię: sceptycyzm wobec AI bierze się stąd, że Stany Zjednoczone prowadzą w tym wyścigu „ze znaczną przewagą” i ktoś chce tę przewagę zniwelować. 19 września dodał, że w sprawie „złych” aktorów w przestrzeni AI władze mogą bez trudu sięgnąć po „już istniejący system prawa karnego i cywilnego”.
Mamy więc do czynienia z czymś rzadkim nawet jak na standardy ostatnich lat: prezydent jednego z największych mocarstw demokratycznych otwarcie sugeruje kryminalizację wyrażania opinii na temat technologii.
Senator Cotton i sieć Shanhaju
Trump nie jest w tej narracji osamotniony. W czerwcu 2026 r. przewodniczący Senackiej Komisji Wywiadu Tom Cotton (Republikanin z Arkansas) wysłał pismo do ówczesnego p.o. prokuratora generalnego Todda Blanche’a, żądając wszczęcia dochodzenia w sprawie „zagranicznych operacji wpływu wymierzonych w rozbudowę amerykańskiej infrastruktury AI”. Cotton napisał wprost:
„Alarming reports indicate that a network of foreign actors, led by the Chinese Communist Party (CCP), is attempting to manipulate U.S. policy and public opinion on data centers.”
- Sen. Tom Cotton, list do DOJ, czerwiec 2026 r.
Głównym dowodem senatora był Neville Roy Singham - mieszkający w Szanghaju amerykański potentat technologiczny, który według Cottona finansuje sieć lewicowych organizacji non-profit w USA produkujących treści sprzeciwiające się budowie infrastruktury AI, a ostatecznym źródłem finansowania ma być rząd chiński. Singham nigdy publicznie nie potwierdzał tych powiązań, a reportaż Kena Klippensteina, który opisał całą sprawę, podkreśla, że rzeczywiste cele tych działań to „normalni ludzie, którzy nie mają pojęcia, że są częścią kolejnej narodowobezpieczeństwa mirażu rządu”.
Karta bezpieczeństwa narodowego w wyścigu AI
Nie przepłacaj za te subskrypcje
Prowadzę sklep z rocznymi dostępami do narzędzi AI - te same konta, o których piszę wyżej, tylko taniej niż w cenniku producenta.
Mechanizm jest znany historycznie i sprawdzony: gdy projekt polityczny napotyka opór społeczny, można go spacyfikować przez powiązanie krytyków z wrogiem zewnętrznym. W czasie zimnej wojny służyły do tego oskarżenia o sympatie komunistyczne; dziś wystarczy słowo „Chiny”. Infrastruktura prawna jest przy tym gotowa - ustawa o rejestracji zagranicznych agentów (FARA) istnieje od 1938 r. i przez dekady stosowana była selektywnie, głównie wobec zawodowych lobbystów. Rozszerzenie jej zakresu na uczestników protestów byłoby skokiem jakościowym.
Co istotne, obawa przed skutkami budowy centrów danych jest w USA szeroka i nieideologiczna. Lokalne społeczności sprzeciwiają się im z powodu zużycia wody, przeciążenia sieci energetycznych, hałasu i wpływu na ceny nieruchomości. W stanie Wirginii, gdzie skupia się największa koncentracja centrów danych na świecie, protesty toczą się od lat i angażują zarówno środowiska ekologiczne, jak i mieszkańców identyfikujących się z prawicą. Żadne z tych środowisk nie kojarzyło dotychczas swojej działalności z Pekinem.
Google · Twoje źródłaPromptowy wyżej w Twoim Google - jednym kliknięciemDodaj do preferowanych źródeł →Co to oznacza poza USA
Dla obserwatorów spoza Stanów - w tym polskiego czytelnika - ta sprawa ma kilka warstw. Po pierwsze, model retoryczny: framing opozycji wobec technologicznych megaprojektów jako zagrożenia bezpieczeństwa narodowego może być eksportowany. Wystarczy, że kolejna demokracja stwierdzi, że jej własna infrastruktura AI jest strategiczna, a krytycy stają się podejrzani z automatu.
Po drugie, wpływ na regulacje. Unia Europejska pracuje nad wdrożeniem AI Act - aktu prawnego, który nakłada realne ograniczenia na systemy wysokiego ryzyka. Jeśli w USA narracja o „chińskich agentach” wśród krytyków AI się przyjmie, wywrze presję na sojuszników, by nie zaostrzali regulacji zbyt mocno, bo to rzekomo gra na rękę Pekinowi. To argument znany z debat o 5G, półprzewodnikach czy cłach na chińskie panele słoneczne - teraz stosowany wobec prawa do publicznego sprzeciwu.
Po trzecie, sprawa testuje granicę Pierwszej Poprawki. Ostrzeżenie DOJ nie zabrania demonstracji wprost - wymaga jedynie „formalnego powiadomienia”. Ale efekt mrożący jest identyczny: kto pójdzie protestować pod centrum danych wiedząc, że może trafić na listę podejrzanych o realizowanie celów Chin?
Administracja Trumpa wybrała bardzo konkretnego przeciwnika - i nie jest nim Pekin, lecz własna opinia publiczna.
Cały tydzień w AI, w jednym mailu
Wybrane premiery, narzędzia i analizy. Raz w tygodniu, prosto do skrzynki.
Zapisz się za darmo →
