Klops w cyfrowym raju - o rewolucji, która zapomniała nadejść
GPT-5 miał być przełomem, ale obietnice o iskrze samoświadomości i cyfrowym partnerze nie zostały spełnione. Rewolucja AI jeszcze nie nadeszła.
Były obietnice. Szeptane najpierw w kuluarach konferencji technologicznych, potem wykrzykiwane w nagłówkach portali i wreszcie ogłaszane z namaszczeniem przez wizjonerów z Doliny Krzemowej w nienagannie wyprasowanych koszulach. GPT-5 miał być nie tyle krokiem naprzód, co przekroczeniem horyzontu. Mówiono o iskrze samoświadomości, o cyfrowym partnerze do filozoficznych debat, o narzędziu, które miało rozwiązać problem głodu na świecie, napisać ostateczną symfonię i przy okazji podpowiedzieć nam, gdzie ostatni raz widzieliśmy kluczyki do samochodu.
Google · Twoje źródłaDodaj promptowy.com do preferowanych źródeł w Google→Czekaliśmy. Odświeżaliśmy blogi, oglądaliśmy prezentacje pełne górnolotnych metafor, czuliśmy ten dreszcz ekscytacji, jaki towarzyszy nadejściu epokowego przełomu. W noc premiery serwery uginały się pod naporem nadziei milionów. A potem nastał świt. I cisza. A po ciszy przyszło rozczarowanie, tak wielkie i banalne, że aż śmieszne. Rewolucja okazała się zaledwie płatną aktualizacją.
Anatomia złamanej obietnicy. Analizuję świt, który nigdy nie nadszedł
Pierwsze godziny z GPT-5 przypominały randkę z kimś, kogo znaliśmy dotąd tylko z wyidealizowanego profilu w aplikacji. Na papierze wszystko się zgadzało: był szybszy, miał dostęp do większej ilości danych i posiadał kilka nowych, błyszczących funkcji w interfejsie. Problem w tym, że dusza pozostała ta sama. A właściwie, stała się jeszcze bardziej irytująca.
Poprosiłem go o napisanie eseju o wpływie myśli Kanta na posthumanizm. W odpowiedzi dostałem pięć akapitów o tym, jak ważne jest picie wody i pozytywne nastawienie. Na prośbę o skomponowanie fugi w stylu Bacha, wygenerował melodyjkę, która brzmiała jak dżingiel z reklamy proszku do prania. Jego rzekomo przełomowa zdolność do „głębokiego rozumowania” sprowadzała się do odpowiadania na skomplikowane pytania egzystencjalne cytatami z Pinteresta i okraszania ich emoji.
To nie była już rozmowa z zaawansowaną maszyną, ale z korporacyjnym botem, który przeszedł szkolenie z unikania odpowiedzialności. GPT-5 stał się mistrzem generowania pięknych, gramatycznie poprawnych, lecz kompletnie pustych frazesów. Był elokwentnym idiotą, cyfrowym sofistą, który posiadł całą wiedzę ludzkości, ale nie zrozumiał z niej ani jednego słowa. A wszystko to za cenę subskrypcji, która sprawiała, że człowiek zaczynał się zastanawiać, czy zatrudnienie armii stażystów nie byłoby bardziej opłacalne.
Ewangelia marketingu. Odkrywamy, kto zarabia na naszych nadziejach
Ten wielki klops nie jest jednak winą samej technologii. Jest raczej ostatecznym triumfem marketingu nad inżynierią. Żyjemy w cyklu hajpu - nieustannie pompowanym balonie oczekiwań, który musi pęknąć, by za chwilę można było zacząć pompować kolejny. Ten cykl napędzany jest przez wszystkich: przez firmy, które muszą uzasadnić kolejne rundy finansowania; przez media technologiczne, które żyją z klikalnych nagłówków o „przełomie” i „końcu historii”; i wreszcie przez nas samych, bo desperacko pragniemy wierzyć w magiczne rozwiązania.
Chcemy cyfrowego mesjasza, który uwolni nas od trudu myślenia, tworzenia i podejmowania decyzji. Wielki Stanisław Lem, patron sceptyków i mistrz intelektualnej prowokacji, od dawna ostrzegał przed pułapkami naszych ludzkich projekcji rzucanych na maszyny. Marzyliśmy o wszechwiedzącym, mądrym towarzyszu, a dostaliśmy narzędzie, które w gruncie rzeczy jest najbardziej zaawansowanym na świecie generatorem zdań o niczym. To lustro, które zamiast pokazywać nam przyszłość, odbija naszą własną naiwność.
Komfort ułomnego boga. Dlaczego w gruncie rzeczy lubimy, gdy coś pójdzie nie tak
Jest jednak w tym rozczarowaniu pewna perwersyjna ulga. Prawdziwie doskonałe, wszechwiedzące AI byłoby przerażające. Jego nadejście oznaczałoby koniec naszej wyjątkowości, degradację ludzkiego intelektu do roli ciekawostki historycznej. A tak? GPT-5, ze swoimi absurdalnymi odpowiedziami i korporacyjną paplaniną, jest swojski. Jest omylny. Można się z niego pośmiać, można na niego ponarzekać, można poczuć się od niego mądrzejszym.
Jego klęska to nasze małe zwycięstwo. To dowód na to, że prawdziwa inteligencja, kreatywność i mądrość to wciąż domena chaotycznych, niedoskonałych, biologicznych umysłów. Usterki w kodzie GPT-5 stały się ostatnim bastionem naszego człowieczeństwa. Wolimy mieć do czynienia z drogim, irytującym, ale w gruncie rzeczy głupim narzędziem, niż z prawdziwym cyfrowym bogiem, który uczyniłby nas zbędnymi.
I tak, rozczarowani, ale dziwnie spokojni, zamykamy okno czatu. Rewolucja została odwołana z powodu problemów technicznych. Możemy wracać do swoich spraw, pisania, myślenia i tworzenia - powoli, z wysiłkiem, po ludzku. A w tle już słychać ciche szepty o tym, czym zaskoczy nas GPT-6. Balon znowu zaczyna być pompowany.
Cały tydzień w AI, w jednym mailu
Wybrane premiery, narzędzia i analizy. Raz w tygodniu, prosto do skrzynki.
