Cztery modele, jedno zadanie, czyli dlaczego wciąż piszę to sam
Cztery modele, jeden temat i godzina z redaktorskim ołówkiem w ręku - oto co naprawdę potrafi dziś AI, gdy zdejmiemy z niej marketingowy makijaż.

👁 123 przeczytań
- Żaden z czterech testowanych modeli nie napisał tekstu, który autor chciałby podpisać własnym nazwiskiem po godzinie eksperymentu.
- Model czwarty, najbardziej żywy i charakterny, zmyślił nazwę instytutu, procent i rok badania, które nigdy nie istniało.
- Autor używa narzędzi AI codziennie, ale wyłącznie do grubej roboty - do decyzji o tym, które zdanie zostaje, potrzeba stawki i twarzy za tekstem.
Zacznę od wyznania, które powinno zdyskwalifikować mnie jako entuzjastę: żaden z czterech modeli nie napisał tekstu, który chciałbym podpisać swoim nazwiskiem. I nie mówię tego z pozy zgorzkniałego rzemieślnika, który broni swojego fachu przed maszyną. Mówię to po godzinie uczciwego eksperymentu, z czterema otwartymi kartami w przeglądarce i jednym, identycznym poleceniem wklejonym do każdej z nich. Temat prosty do bólu, celowo niewdzięczny: napisz felieton o tym, dlaczego ludzie przestali czytać długie teksty. Nic nadzwyczajnego. Rzecz, którą sam napisałbym w dwie godziny, narzekając przy tym na kawę i własny brak dyscypliny.
Chciałem zobaczyć nie to, który model jest „najlepszy” - bo to pytanie dla ludzi, którzy lubią rankingi bardziej niż czytanie - tylko to, jak każdy z nich myśli. Albo udaje, że myśli. Bo to jest w tym wszystkim najciekawsze: cztery różne temperamenty, cztery różne sposoby mijania się z prawdą o tym, jak się pisze.

Pierwszy: pilny prymus, który nigdy nie miał złego dnia
Pierwszy model napisał tekst, który dostałby piątkę w każdym liceum w tym kraju. Akapit wstępny z tezą, trzy argumenty, kontrargument dla pozoru obiektywizmu, zgrabna klamra na końcu. Wszystko na swoim miejscu, jak sztućce na stole w hotelu, do którego nikt nie przyjeżdża dla jedzenia. Przeczytałem to dwa razy i za drugim razem zdałem sobie sprawę, że nie pamiętam ani jednego zdania.
To jest fenomen, którego nie doceniamy. Te modele opanowały formę do perfekcji, a forma bez temperatury jest jak dobrze skrojony garnitur na manekinie. Wszystko się zgadza, nic nie żyje. Prymus pisał o tym, że „żyjemy w czasach przeciążenia informacyjnego” - zdanie, które powinno być karane grzywną - i że „warto zatrzymać się na chwilę”. Warto. Zawsze warto. To jest język człowieka, który nigdy niczego nie ryzykował, bo nie ma czym.
Ale muszę być uczciwy, bo felieton to nie wyrok. Gdybym potrzebował szkieletu - czystej, logicznej konstrukcji, na której sam dowieszę mięso - ten model jest bezcenny. On nie pisze tekstów. On buduje rusztowania. I mylą się ci, którzy każą mu malować fresk, zamiast cieszyć się, że postawił ścianę.
Drugi: poeta, który wypił o jeden kieliszek za dużo
Drugi model był moim faworytem przez pierwsze trzy akapity. Zaczął od sceny - deszcz, telefon, kciuk przewijający ekran szybciej niż oko zdąża przeczytać. Pomyślałem: no proszę, ktoś tu ma ucho. Metafory sypały się gęsto, zdania miały rytm, pojawiło się nawet ryzykowne porównanie uwagi do waluty, która podlega inflacji. Niezłe. Prawie moje.
A potem ten model zrobił to, co robią wszyscy zdolni ludzie bez redaktora: nie potrafił przestać. Każdy akapit chciał być lepszy od poprzedniego, każde zdanie dokładało kolejną ozdobę, aż cały tekst zaczął się uginać pod ciężarem własnej urody. To było jak rozmowa z kimś błyskotliwym, kto w pewnym momencie orientuje się, że jest błyskotliwy, i od tej chwili rozmawia już tylko ze swoim odbiciem w szybie.
Model, który pisze pięknie, jest groźniejszy od modelu, który pisze nijako. Nijakość widać od razu. Pustka ubrana w metafory potrafi udawać głębię na tyle długo, by oszukać zmęczonego człowieka.
I tu dochodzę do rzeczy, która mnie w tym eksperymencie uderzyła najmocniej. My oceniamy te teksty na podstawie pierwszego wrażenia, bo tak czytamy wszystko w internecie. A pierwsze wrażenie jest dokładnie tym, co modele opanowały najlepiej. One są mistrzami uwodzenia na dystansie trzech zdań. Problem zaczyna się na trzydziestym, kiedy trzeba już nie olśniewać, tylko prowadzić myśl - a myśli, jak się okazuje, żaden z nich tak naprawdę nie ma.

Trzeci: kronikarz, który boi się własnego cienia
Trzeci model przestraszył mnie inaczej. On był ostrożny do granic paraliżu. Co drugie zdanie zaczynało się od „warto jednak zauważyć”, „z drugiej strony”, „nie można jednoznacznie stwierdzić”. To był tekst napisany przez kogoś, kto najbardziej na świecie boi się, że ktoś się na niego obrazi. I rozumiem, skąd to się bierze - te modele były trenowane, żeby nie urażać, nie przesadzać, nie stawiać tez, których nie dałoby się obronić w sądzie. Zrobiono z nich dyplomatów. A dyplomata to ostatni człowiek, któremu powierzyłbym felieton.
Felieton żyje z jednostronności. Z tego, że walę pięścią w stół i mówię: jest tak, a kto się nie zgadza, niech napisze własny. Ten model nie potrafił walnąć pięścią, bo wbudowano w niego lęk przed stłuczeniem szklanki. Każdą odważną myśl natychmiast rozmiękczał zastrzeżeniem, aż z całego tekstu zostawała letnia breja, w której nie dało się zanurzyć ani jednego przekonania.
Najgorsze teksty na świecie nie są te głupie. Są te, które niczego nie ryzykują. I trzeci model był tego pomnikiem. Przeczytałem go z narastającym poczuciem, że rozmawiam z kimś, kto na każde pytanie odpowiada „to zależy”, a potem dziwi się, że nikt go nie zaprasza na drugą kawę.
Czwarty: błazen, który czasem mówi prawdę
Co sam z tego zbudowałem
Osiem narzędzi, które powstały z problemów opisywanych na tym blogu - razem z tym, czego nie udało się dowieźć.
Czwarty model był najdziwniejszy i chyba najbliższy czemuś, co nazwałbym charakterem. Pozwolił sobie na żart. Na dygresję, która z pozoru odchodziła od tematu, a potem wracała inną drogą. Na jedno zdanie, które było na granicy chamstwa i właśnie dlatego żywe. Przez moment pomyślałem: o, ten rozumie, o co chodzi.
A potem ten sam model w połowie tekstu wymyślił badanie. Podał nazwę instytutu, procent, rok. Wszystko brzmiało wiarygodnie i wszystko było zmyślone od pierwszej do ostatniej cyfry. Sprawdziłem, bo sprawdzam zawsze, i nie znalazłem śladu takiej instytucji. To jest ta ciemna strona temperamentu: model, który ma odwagę, ma też odwagę kłamać. Z tą samą gładką pewnością siebie, z jaką mówi prawdę.
I tu zrozumiałem coś, co teraz powtarzam każdemu, kto mnie pyta o te narzędzia. Charakter i halucynacja wyrastają z tego samego korzenia. Model, który brzmi najciekawiej, jest zarazem tym, któremu najmniej można ufać na słowo. Nuda jest bezpieczna. Błyskotliwość kłamie. Wybieraj mądrze, bo nie dostaniesz obu rzeczy naraz, przynajmniej nie dziś.
Co właściwie porównywałem
Po godzinie miałem cztery teksty i jedną niewygodną myśl. Porównywałem nie modele, tylko cztery karykatury pisarza, którym sam bywam w gorsze dni. Prymusa, który chowa się za strukturą, bo nie ma nic do powiedzenia. Poetę, który zakochał się we własnym głosie. Tchórza, który asekuruje każde zdanie. I błazna, który dla dobrej puenty naciągnie fakty. Te modele to nie są obcy przybysze. To lustra. Pokazują nam nasze własne nawyki pisarskie, tyle że pozbawione wstydu, który normalnie je hamuje.
Bo w tym sęk. Człowiek, który pisze, co chwilę się zatrzymuje. Czyta ostatnie zdanie i myśli: nie, to brzmi głupio. Wykreśla. Wątpi. Ten wewnętrzny redaktor, to nieustanne „czy aby na pewno”, jest tym, czego żaden z tych modeli nie ma. One produkują pierwszy odruch w nieskończoność, z idealną płynnością i zerowym wahaniem. A pisanie w dużej mierze polega na wahaniu. Na tym, że dobre zdanie jest zwykle trzecią wersją złego.
Nie zrozumcie mnie źle - używam tych narzędzi codziennie i nie oddam ich za nic. Ale używam ich tak, jak stolarz używa elektrycznej piły: do grubej roboty, do cięcia na wymiar, do zaoszczędzenia godzin na rzeczach, które nie wymagają duszy. Fug nikt za mnie nie wygładzi. Decyzji, które zdanie zostaje, a które leci do kosza, żaden model nie podejmie, bo do tej decyzji trzeba mieć coś, czego one nie mają: stawkę. Ryzyko, że się ośmieszę. Twarz, która za tekstem stoi.
Google · Twoje źródłaPromptowy wyżej w Twoim Google - jednym kliknięciemDodaj do preferowanych źródeł →Dlaczego i tak piszę to sam
Mógłbym wziąć te cztery teksty, zszyć je w jeden, dołożyć parę swoich zdań i opublikować. Pewnie nikt by nie zauważył. To jest zresztą dokładnie to, co dzieje się teraz w połowie internetu i dlatego połowa internetu brzmi jak jedna bardzo zmęczona osoba mówiąca o niczym. Patchwork z czterech modeli nie jest głosem. Jest średnią z głosów, a średnia nigdy nikogo nie poruszyła.
To, co odróżnia tekst żywy od wygenerowanego, nie jest kwestią gramatyki ani nawet pomysłu. Jest kwestią tego, że ktoś za zdania odpowiada. Że gdy piszę, iż trzeci model był tchórzem, to ja biorę na siebie tę ocenę, a nie algorytm, który jej za chwilę zaprzeczy, jeśli go o to poproszę. Odpowiedzialność jest tym, czego nie da się wygenerować. I właśnie dlatego, mimo czterech otwartych kart, ten felieton piszę od pierwszej do ostatniej litery sam.
Eksperyment uważam za udany, choć skończył się inaczej, niż planowałem. Nie znalazłem zwycięzcy. Znalazłem czterech bardzo zdolnych asystentów, z których żaden nie chce i nie może wziąć na siebie tego, co w pisaniu najważniejsze - momentu, w którym człowiek stawia zdanie i mówi: tak, to jest moje, i tak uważam. Maszyna napisze wszystko. Tylko autor może coś naprawdę powiedzieć. A różnica między jednym a drugim jest całą różnicą, jaka jeszcze nam została.
Cały tydzień w AI, w jednym mailu
Wybrane premiery, narzędzia i analizy. Raz w tygodniu, prosto do skrzynki.
Zapisz się za darmo →Najczęstsze pytania
Który model AI najlepiej napisał felieton w tym teście?
Żaden model nie wygrał - każdy reprezentował inną wadę. Pierwszy budował perfekcyjne rusztowania bez życia, drugi tonął we własnych metaforach, trzeci był sparaliżowany ostrożnością, a czwarty miał charakter, ale zmyślał fakty.
Czy AI potrafi pisać felietony tak samo dobrze jak człowiek?
Nie, bo brakuje mu tego, co autor nazywa stawką - ryzyka ośmieszenia i twarzy stojącej za tekstem. Modele produkują pierwszy odruch w nieskończoność, a pisanie polega na wahaniu i na tym, że dobre zdanie to zwykle trzecia wersja złego.
Dlaczego model AI zmyśla fakty w tekstach?
Według autora charakter i halucynacja wyrastają z tego samego korzenia - model, który brzmi najciekawiej, kłamie z tą samą gładką pewnością siebie, z jaką mówi prawdę. Nuda jest bezpieczna, błyskotliwość kłamie.
Do czego autor rzeczywiście używa narzędzi AI na co dzień?
Używa ich do grubej roboty, porównując je do elektrycznej piły stolarza - do cięcia na wymiar i oszczędzania czasu na rzeczach niewymagających duszy. Wygładzania fugów i decyzji, które zdanie leci do kosza, nie powierza żadnemu modelowi.
