Cztery modele, jeden tekst i prawda, której nie chciałem usłyszeć
Napisałem ten sam artykuł z czterema modelami AI i odkryłem, że problemem nigdy nie była maszyna.
👁 163 przeczytań
- Eksperyment z czterema modelami AI nie wyłonił zwycięzcy - najlepsze zdania w finalnym tekście okazały się te napisane samodzielnie, o pierwszej w nocy ze frustracji.
- Modele różniły się temperamentem przy redakcji: jeden zaostrzał tezę zbyt radykalnie, inny asekurował każde zdanie, a najlepiej współpracował ten z największą pokorą wobec uwag autora.
- Autor ocenia, że ostatnie 20 procent tekstu - decydujące o tym, czy jest on czyjś - wciąż wymaga ludzkiej odwagi wzięcia odpowiedzialności za słowa, której żaden model nie potrafi wygenerować.
Zacznę od wyznania, które źle o mnie świadczy: przez pół godziny kłóciłem się z maszyną o przecinek. Nie o tezę, nie o strukturę, nie o sens - o jeden przecinek przed „który”, którego model uparcie nie chciał postawić tam, gdzie każe polska szkoła. Wygrałem. Wygrałem, bo mogłem po prostu go dopisać ręcznie w dwie sekundy. Ale przez te pół godziny poczułem coś, czego nie spodziewałem się poczuć wobec kawałka oprogramowania: irytację tak ludzką, tak konkretną, jakbym redagował z żywym, upartym współpracownikiem, który uważa, że wie lepiej.
Postanowiłem więc zrobić rzecz z pozoru banalną, a naprawdę okrutną. Wziąłem jedno zadanie - napisanie artykułu o tym, dlaczego większość poradników produktywności to sprzedawanie lęku w ładnym opakowaniu - i kazałem czterem różnym modelom napisać go razem ze mną. Ten sam brief, ten sam ton, te same ograniczenia. Chciałem zobaczyć, który jest najlepszy. Zobaczyłem coś zupełnie innego.

Brief był prosty, wykonanie mniej
Reguły ustaliłem jak dla siebie samego sprzed pięciu lat: 900 słów, felietonowy pazur, jedna odważna teza, żadnego „w dzisiejszym zabieganym świecie”, zero list punktowanych udających myślenie. Do tego prośba, którą uważam za najważniejszą i najczęściej ignorowaną w pracy z AI - napisz to tak, żeby czytelnik poczuł, że po drugiej stronie jest ktoś, kto ma zdanie.
Pierwszy model ruszył jak sprinter. Tekst pojawił się natychmiast, gładki, kompetentny, poprawny do bólu. Czytało się to jak artykuł, który już gdzieś czytałem - i to jest największy komplement i najcięższy zarzut, jaki mogę postawić. Wszystko było na swoim miejscu. Hak, rozwinięcie, puenta. Problem w tym, że nic mnie nie ukłuło. To była proza kogoś, kto przeczytał tysiąc dobrych felietonów i wydestylował z nich średnią. A średnia, jak wiadomo, nigdy nie jest interesująca. Średnia jest bezpieczna.
Drugi model podszedł do zadania inaczej. Zamiast pisać, zaczął pytać. Chciał wiedzieć, do kogo mówię, co konkretnie mnie zdenerwowało w tych poradnikach, czy mam jakąś anegdotę. Przez chwilę byłem zachwycony - w końcu ktoś, kto nie udaje, że mnie zna. Potem złapałem się na tym, że robotę wykonuję ja. Że to ja karmię go pomysłami, a on je tylko ładnie oprawia. Zadałem sobie wtedy pytanie, które wraca do mnie za każdym razem, gdy pracuję z tymi narzędziami: kto tu właściwie pisze?
Cztery charaktery, których teoretycznie nie ma
Bo tu jest sedno, do którego doszedłem gdzieś w połowie tego eksperymentu, i które mnie samego zaskoczyło. Modele nie mają osobowości. To statystyka, przewidywanie kolejnego słowa, gigantyczna maszyna do zgadywania. A jednak, kiedy dasz czterem z nich to samo zadanie, dostajesz cztery wyraźnie różne temperamenty. I nie jest to złudzenie - to efekt tego, jak każdy z nich został wychowany, jakimi tekstami karmiony, jak strojony, żeby brzmiał „bezpiecznie” albo „pomocnie”.
Jeden pisał jak dobrze ubrany konsultant: pewnie, elegancko, z lekką skłonnością do mówienia oczywistości tonem objawienia. Drugi jak asystent redakcji, który boi się popełnić błąd, więc asekuruje każde zdanie zastrzeżeniem. Trzeci - i ten mnie kupił - miał w sobie coś zadziornego, potrafił rzucić metaforą, która nie była oczywista, ale też co chwilę wpadał w koleinę i zaczynał brzmieć jak parodia felietonisty. Czwarty był najbardziej zdyscyplinowany, trzymał się briefu jak żołnierz rozkazu, ale przez tę dyscyplinę gubił życie.
Modele nie mają charakteru w sensie ludzkim. Mają coś gorszego dla mojego ego: mają styl, którego ja przez lata musiałem się uczyć, a one dostały go za darmo, w prezencie od milionów cudzych zdań.
I to jest moment, w którym felieton o technologii przestaje być o technologii. Bo kiedy patrzysz na cztery wersje tego samego tekstu leżące obok siebie, przestajesz oceniać maszyny. Zaczynasz oceniać siebie. Który z tych głosów jest bliższy Twojemu? Czy Twój własny głos to nie jest przypadkiem po prostu piąta średnia - destylat wszystkiego, co przeczytałeś, tyle że wolniej wyprodukowany i z większym cierpieniem?

Redakcja, czyli gdzie naprawdę dzieje się pisanie
Najciekawsze zaczęło się dopiero, gdy pierwsze wersje leżały już gotowe. Bo pisanie to nie jest wypluwanie pierwszego zdania. Pisanie to przepisywanie. I tu modele różniły się najmocniej, w sposób, który dla mnie zawodowo jest znacznie ważniejszy niż to, jak brzmi ich pierwszy szkic.
Kiedy poprosiłem o zaostrzenie tezy, jeden zrobił to natychmiast i z entuzjazmem godnym lepszej sprawy - napisał coś tak radykalnego, że musiałem go cofać, bo teza zaczęła kłamać. Drugi zaostrzył ostrożnie, jakby bał się, że kogoś urazi. Trzeci zrozumiał, o co mi chodzi, i dołożył ironii dokładnie tam, gdzie sam bym ją dołożył. Czwarty spytał, czy na pewno chcę być tak dosadny, i to pytanie było mądrzejsze niż niejedna gotowa odpowiedź.
Zdałem sobie wtedy sprawę, że oceniam te narzędzia zupełnie nie tam, gdzie trzeba. Wszyscy licytują się, który model pisze lepszy pierwszy akapit. A pierwszy akapit to jest najmniej istotna rzecz w całym procesie. Prawdziwa robota pisarska to setka mikrodecyzji przy przepisywaniu - i tu liczy się nie to, jak model pisze, ale jak słucha. Który rozumie, że „za miękko” nie znaczy „dodaj więcej wykrzykników”. Który wyczuwa, że kiedy mówię „wywal to zdanie”, to nie chcę, żeby wywalił i zastąpił trzema gorszymi.
I tu jest paradoks, który mnie rozbawił: najlepiej redagował ze mną nie ten model, który pisał najładniej, tylko ten, który miał najwięcej pokory. Który nie zakładał, że wie lepiej. Który traktował moje uwagi jak polecenia, a nie jak sugestie do twórczego przetworzenia. W pisaniu ego jest kosztowne - także ego zaszyte w wagach sieci neuronowej.
Prawda, której nie chciałem usłyszeć
Skłamałbym, gdybym napisał, że ten eksperyment miał zwycięzcę. Miał, ale nie tego, którego szukałem. Bo po kilku godzinach składania, cięcia, sklejania czterech wersji w jedną, spojrzałem na finalny tekst i zorientowałem się, że najlepsze zdania w nim to te, które napisałem sam, sfrustrowany, o pierwszej w nocy, kiedy żaden model nie umiał trafić w to, co miałem w głowie.
Modele dały mi rusztowanie. Dały mi tempo. Dały mi cztery różne perspektywy, których w pojedynkę nie wygenerowałbym w tym czasie - i to jest realna, niebagatelna wartość, nie będę udawał sceptyka na pokaz. Ale ostatnie dwadzieścia procent, to które decyduje o tym, czy tekst jest Twój, czy jest niczyj, wciąż musiałem dołożyć sam. I obawiam się, że to się nie zmieni tak szybko, jak wszystkim się wydaje - nie dlatego, że maszyny są głupie, tylko dlatego, że te ostatnie dwadzieścia procent to nie jest język. To jest odwaga, żeby coś powiedzieć wprost i wziąć za to odpowiedzialność. A odpowiedzialności nie da się wygenerować.
To jest właśnie ta prawda, której nie chciałem usłyszeć, siadając do eksperymentu. Chciałem wyłonić najlepszy model, dać Wam ranking, podać wynik jak w meczu. Zamiast tego dostałem lustro. Cztery modele napisały cztery wersje tego samego tekstu, a różnica między nimi okazała się mniejsza niż różnica między tym, co potrafią, a tym, czego chcę. Bo one wszystkie potrafią napisać poprawnie. Żadna z nich nie potrafi chcieć.
Google · Twoje źródłaPromptowy wyżej w Twoim Google - jednym kliknięciemDodaj do preferowanych źródeł →Co z tego wynika dla Ciebie
Jeśli piszesz i sięgasz po te narzędzia - a zakładam, że sięgasz, bo inaczej po co czytałbyś do tego miejsca - to mam dla Ciebie jedną praktyczną radę wyciągniętą z tego całego cyrku. Przestań pytać, który model jest najlepszy. To pytanie z gatunku „który młotek jest najlepszy” - odpowiedź brzmi: zależy, co budujesz i jaką masz rękę.
Zamiast tego zacznij traktować różne modele jak różnych współpracowników o różnych temperamentach. Do burzy mózgów weź tego zadziornego, który rzuca dzikimi skojarzeniami. Do porządkowania chaosu tego zdyscyplinowanego. Do bezpiecznego pierwszego szkicu tego konsultanta. A do redakcji tego pokornego, który potrafi słuchać. Ja przestałem szukać jednego narzędzia do wszystkiego, bo to jest jak szukanie jednego przyjaciela, który będzie jednocześnie Twoim księgowym, terapeutą i kompanem od żartów. Da się, ale po co.
I jeszcze jedno, może najważniejsze. Ten cały eksperyment zajął mi znacznie więcej czasu, niż gdybym napisał tekst sam. Zdecydowanie. Ale nauczyłem się z niego więcej o własnym pisaniu niż z niejednego kursu, bo nic nie pokazuje Ci tak brutalnie Twoich manier stylistycznych, jak zobaczenie ich odbitych w czterech krzywych zwierciadłach naraz. Zobaczyłem, jak często sam wpadam w koleiny. Jak lubię asekurować. Jak czasem mylę ozdobność z myślą.
Wróciłem więc do tego przecinka, o który kłóciłem się na początku. Model go nie chciał, ja go postawiłem, i przez chwilę czułem się jak zwycięzca. Ale prawda jest taka, że ten przecinek nie miał znaczenia. Znaczenie miało to, że w ogóle mi się chciało o niego walczyć - że przy całej łatwości, jaką te narzędzia dają, wciąż jest we mnie ktoś, kto uważa, że ten jeden przecinek jest jego. I dopóki jest, dopóty pisanie należy do mnie, a nie do maszyny. Cztery modele, jedno zadanie, jedna konkluzja: najlepszy model to wciąż ten, który wie, kiedy przestać pisać za mnie.
Cały tydzień w AI, w jednym mailu
Wybrane premiery, narzędzia i analizy. Raz w tygodniu, prosto do skrzynki.
Zapisz się za darmo →Najczęstsze pytania
Który model AI najlepiej nadaje się do pisania felietonów?
Według autora nie ma jednego najlepszego modelu - każdy sprawdza się w innej roli. Do burzy mózgów poleca model zadziorny rzucający dzikimi skojarzeniami, do porządkowania chaosu - zdyscyplinowany, do pierwszego szkicu - konsultancki, a do redakcji - ten z największą pokorą wobec uwag.
Czy AI może zastąpić człowieka w pisaniu artykułów?
Nie w pełni - modele dają rusztowanie, tempo i różne perspektywy, ale ostatnie 20 procent tekstu autor musiał dołożyć sam. Żaden z czterech modeli nie potrafił trafić w to, co autor miał w głowie, gdy próbował zastrzyknąć konkretny ton lub ironię w odpowiednie miejsce.
Jak AI radzi sobie z redakcją i poprawkami tekstu?
Modele różnią się znacznie przy redakcji: jeden po prośbie o zaostrzenie tezy napisał coś tak radykalnego, że trzeba go było cofać, drugi asekurował ostrożnie, trzeci dołożył ironii trafnie, a czwarty zadał mądre pytanie o zamierzony poziom dosadności. Autor uznał, że ważniejsze od jakości pierwszego szkicu jest to, jak model słucha przy przepisywaniu.
Czy praca z czterema modelami AI zajmuje więcej czasu niż samodzielne pisanie?
Tak - autor wprost przyznaje, że cały eksperyment zajął mu znacznie więcej czasu, niż gdyby napisał tekst sam. Mimo to ocenia go jako wartościowy, bo obserwowanie własnego stylu odbitego w czterech wersjach pokazało mu jego własne nawyki stylistyczne, takie jak wpadanie w koleiny, asekurowanie i mylenie ozdobności z myślą.



