Przejdź do treści
Magazyn

Połowa tego, co napisałem rok temu, jest dziś nieprawdą

O tym, dlaczego połowa moich zeszłorocznych tekstów o AI jest już przestarzała i co z tego wynika dla każdego, kto próbuje pisać o technologii.

8 min czytania
Połowa tego, co napisałem rok temu, jest dziś nieprawdą

👁 136 przeczytań

Pewnej niedzieli zrobiłem rzecz, którą każdy autor odkłada tak długo, jak się da, bo wie, że nic dobrego z tego nie wyniknie: usiadłem i przeczytałem od deski do deski wszystko, co napisałem na tym blogu przez ostatni rok. Wszystkie poradniki, wszystkie zachwyty, wszystkie mądre tezy, którymi się chwaliłem w towarzystwie. I powiem wam szczerze - to było jak oglądanie własnych zdjęć z gimnazjum. Połowa tych tekstów jest dziś po prostu nieaktualna. Nie „trochę się postarzała”. Nieaktualna. Tak jak nieaktualny jest rozkład jazdy autobusu, który już nie kursuje.

I zanim ktoś mi napisze w komentarzu, że „przecież to normalne, technologia idzie do przodu” - tak, wiem. Ale chcę wam opowiedzieć, co dokładnie się zestarzało, co przetrwało i dlaczego ta druga połowa jest jedyną, która mnie obchodzi. Bo z tego porównania wyciągnąłem wniosek, który zmienia sposób, w jaki w ogóle myślę o pisaniu w tej branży.

Połowa tego, co napisałem rok temu, jest dziś nieprawdą
Google · Twoje źródłaDodaj promptowy.com do preferowanych źródeł w Google

Teksty, które umarły, zanim zdążyły ostygnąć

Najszybciej rozłożyły się teksty, z których byłem najbardziej dumny. Ironia godna noblisty od ironii. Mam na myśli te wszystkie skrupulatne poradniki typu „jak wycisnąć z modelu X maksimum”, gdzie krok po kroku tłumaczyłem, w które miejsce kliknąć, jaką opcję zaznaczyć i jaką dokładnie formułkę wkleić, żeby model przestał się wykręcać i wreszcie zrobił to, o co go proszę.

Problem polega na tym, że interfejs, który wtedy opisywałem, już nie istnieje. Przycisk, do którego odsyłałem czytelnika, przeniesiono albo skasowano. „Magiczna” formułka, którą podawałem jako tajną wiedzę wtajemniczonych, dziś jest zbędna, bo model i tak rozumie, o co chodzi - a czasem wręcz patrzy na nią jak na relikt, jakbym podsuwał staruszkowi instrukcję obsługi pilota, którego dawno się nauczył.

To jest pierwsza kategoria śmierci tekstu o AI: śmierć przez interfejs. Pisałem o opakowaniu, a nie o zawartości. Opisywałem, gdzie leży łyżeczka, zamiast napisać, jak się gotuje. A łyżeczki w tej branży przekładają co kwartał.

Druga kategoria jest bardziej zawstydzająca, bo dotyczy nie formy, tylko treści. Pisałem zdania w stylu „model nie potrafi tego i tego”. I wymieniałem rzeczy, których wtedy faktycznie nie potrafił. Liczenie liter w słowie, trzymanie się długiego dokumentu bez gubienia wątku, rozumowanie krok po kroku przy zadaniach, które wymagają cierpliwości. Pisałem to z miną eksperta, który zna granice maszyny. A maszyna te granice przesunęła, zanim mój tekst zdążył się porządnie zaindeksować w Google.

Najgorsze, że ja to wtedy wiedziałem. Wiedziałem, że piszę o ruchomym celu. A i tak formułowałem zdania tak, jakby opisywały prawo fizyki, a nie chwilowy stan oprogramowania. To jest grzech pychy autora technologicznego: udajemy, że robimy zdjęcie, a w rzeczywistości próbujemy zatrzymać rzekę dłonią.

Dlaczego w ogóle dałem się na to nabrać

Tu muszę być wobec siebie uczciwy, bo felieton bez samokrytyki to tylko narzekanie z lepszą typografią. Pisałem te szybko psujące się teksty, bo one się świetnie klikają. Poradnik „10 trików, których nie znasz” przyciąga ludzi jak światło ćmy. Tekst z konkretnym przyciskiem i konkretną formułką daje czytelnikowi natychmiastową satysfakcję - wkleił, zadziałało, poczuł się sprytny. I ja też poczułem się potrzebny.

Treść, która jest użyteczna dzisiaj i bezużyteczna za pół roku, to najłatwiejszy sposób na ruch w internecie. Algorytm to lubi, czytelnik to lubi, ja przez chwilę też to lubiłem. Tylko że budowanie bloga z takich tekstów to jak budowanie domu z lodu. Pięknie wygląda przy świetle reflektorów, świetnie się sprzedaje na zdjęciach, a w marcu masz kałużę i wspomnienie.

Im bardziej tekst o technologii jest praktyczny w danym tygodniu, tym szybciej zamienia się w archeologię. Najtrwalsze okazuje się to, co w chwili pisania wydawało się najmniej konkretne.

To zdanie napisałem sobie na kartce i powiesiłem nad biurkiem, bo jest wredne i prawdziwe jednocześnie. Bo jaki autor chce słyszeć, że jego najbardziej pomocne porady mają datę ważności krótszą niż jogurt? A jednak.

Połowa tego, co napisałem rok temu, jest dziś nieprawdą

Co przetrwało - i dlaczego mnie to ucieszyło

A teraz dobra połowa. Bo była dobra połowa i to ona uratowała mi tę niedzielę przed kompletnym dołkiem zawodowym.

Przetrwały teksty, w których nie pisałem o narzędziu, tylko o człowieku trzymającym narzędzie. Tekst o tym, dlaczego ludzie wolą, żeby maszyna potwierdzała ich zdanie, zamiast je kwestionować - aktualny jak nigdy. Tekst o tym, że delegowanie myślenia jest wygodne i właśnie dlatego niebezpieczne - ani jednego słowa do poprawki. Tekst o tym, że umiejętność zadawania dobrego pytania jest ważniejsza niż znajomość tego, którą wersję modelu akurat włączyć - prawdziwszy dziś niż wtedy.

Zauważyłem pewną prawidłowość, która jest właściwie banalna, ale do mnie dotarła dopiero przy tej lekturze. Im mniej w tekście było technologii, tym dłużej żył. Im więcej pisałem o psychologii, o ekonomii uwagi, o tym jak zmienia się nasza relacja z wiedzą i z wysiłkiem - tym mocniej tekst stał na nogach. Bo to się nie zmienia w tempie aktualizacji oprogramowania. Ludzka skłonność do pójścia na skróty ma kilka tysięcy lat i nie planuje przejść na emeryturę.

Przetrwały też teksty, w których otwarcie się myliłem, ale opisałem, dlaczego tak myślę. Bo nawet jeśli wniosek się zestarzał, to sposób rozumowania nadal ma wartość. Czytelnik nie dostaje gotowej odpowiedzi, która zaraz wygaśnie, tylko dostaje sposób myślenia, który może sam zastosować do nowej sytuacji. To różnica między daniem komuś ryby a daniem wędki - z tym, że w mojej branży ryba psuje się w trzy dni, a wędka leży i czeka.

Pokusa, żeby już nigdy nie napisać niczego konkretnego

I tu czyha pułapka, w którą bardzo łatwo wpaść po takim odkryciu. Skoro konkret się psuje, a ogólnik przetrwa - to może pisać już tylko ogólniki? Same mądre, ponadczasowe eseje o naturze człowieka i technologii, w których nigdy nie wymienię nazwy żadnego narzędzia, nie podam żadnego przykładu, nie zaryzykuję żadnej praktycznej rady, którą rzeczywistość mogłaby skompromitować?

To byłaby najgorsza możliwa lekcja z tej niedzieli. Bo tekst, który nigdy się nie myli, bo niczego konkretnego nie twierdzi, jest po prostu tchórzliwy. Wyobraźcie sobie poradnik gotowania, który nigdy nie podaje gramatury, żeby autor nigdy nie musiał się przyznać do błędu. To nie jest mądrość, to asekuranctwo przebrane za mądrość.

Dlatego nie zamierzam przestać pisać rzeczy, które się zestarzeją. Zamierzam tylko inaczej je oznaczać - sobie i wam. Konkret jest potrzebny, bo bez niego tekst jest watą cukrową: słodko, lekko, nic w środku. Ale konkret trzeba podawać z datą ważności wypisaną dużą czcionką. Powinienem był pisać „w tej chwili, na dzień dzisiejszy, w tej wersji” znacznie częściej, niż pisałem. Zamiast tego udawałem proroka. A prorok, który myli się co kwartał, szybko traci wiernych.

Czego nauczyła mnie własna makulatura

Skończyłem tę niedzielną lekturę z dziwnym poczuciem ulgi pomieszanej ze wstydem. Wstyd, bo połowa mojej rocznej pracy to dziś materiał głównie sentymentalny. Ulga, bo druga połowa pokazała mi dokładnie, w którą stronę chcę iść.

Doszedłem do prostego podziału, którym teraz sortuję każdy pomysł na tekst, zanim usiądę do pisania. Pytam sam siebie: czy piszę o tym, gdzie jest przycisk, czy o tym, dlaczego w ogóle chcę go nacisnąć? Pierwsze jest potrzebne, ale ulotne. Drugie zostaje. I jeśli mam wybrać, w co włożyć więcej serca i więcej godzin, to wybieram drugie - przy pełnej świadomości, że pierwsze wygeneruje mi więcej kliknięć w przyszłym tygodniu.

Bo tu nie chodzi o to, żeby pisać tylko rzeczy wieczne. Nic w internecie nie jest wieczne, a w temacie sztucznej inteligencji „wieczne” oznacza mniej więcej „przetrwa do następnej dużej premiery”. Chodzi o świadomość, że piszę dla kogoś, kto czyta to dzisiaj, ale może natknąć się na to za rok. I że ten ktoś za rok zasługuje na to, żeby nie czuć się oszukany. Żeby tekst albo wciąż działał, albo żeby uczciwie informował, że opisuje świat, którego już nie ma.

Najbardziej zaskoczyło mnie jedno. Myślałem, że to ćwiczenie będzie o technologii - o tym, jak szybko modele się zmieniają, jak gonimy własny ogon. A okazało się ćwiczeniem o mnie. O tym, kiedy piszę z odwagą, a kiedy z chęci zebrania łatwego poklasku. Stare teksty są jak lustro, które nie ma litości i nie zna filtrów. Pokazują dokładnie, ile w tobie było myślenia, a ile pozy.

Dlatego polecam ten zabieg każdemu, kto cokolwiek pisze albo tworzy: wróćcie do swoich rzeczy sprzed roku i przeczytajcie je tak, jakby napisał je ktoś obcy, kogo macie ochotę zrecenzować bez taryfy ulgowej. To boli. Ale to jedyna recenzja, której naprawdę warto słuchać. Połowa mojej pracy się rozsypała w rękach. Druga połowa stoi. I wiecie co? Teraz przynajmniej wiem, którą połowę chcę zostawić po sobie w przyszłym roku - i mam nadzieję, że przeczytam wtedy te słowa i nie będę musiał się rumienić.

// Newsletter

Cały tydzień w AI, w jednym mailu

Wybrane premiery, narzędzia i analizy. Raz w tygodniu, prosto do skrzynki.

Wypisujesz się jednym kliknięciem.
Co o tym sądzisz?
$ sitemap --all Cała strona w jednym miejscu - żeby się nie pogubić.
🛒 Sklep Kinetyka X Premium+ & SuperGrok 699 zł/rok CapCut Pro 600 zł/rok LinkedIn Premium od 149 zł/rok Zobacz wszystko → 💙 wspieraj
Redaguje
× powiększenie